Wiał przeszywający wiatr, pogoda z rodzaju tych szaro-burych, śnieg zalegający na chodnikach… Mijający nas przechodnie czasem coś wymamrotali w naszym kierunku pod nosem, czasem w ciszy uścisnęli dłoń, a jadący autobusem pomachali przez szyby jak starzy znajomi. Młody mężczyzna kierujący imponującym samochodem przez otwartą szybę wyrzucał z siebie inwektywy w naszą stronę jak niezabezpieczony automat. Głośne „Zbawienia życzymy!” podziałało jak blokada na ten niepohamowany strumień złości i pozostawiło na jego twarzy wyraz totalnego zaskoczenia. Dopiero trąbiące samochody pomogły wrócić mu do otaczającej go rzeczywistości. Nasze serdeczne uśmiechy dodały mu tylko animuszu, by mógł z impetem kontynuować jazdę.
Przy stoliku z fundacyjnymi materiałami siedziała Madzia – nasza młodziutka wolontariuszka. Wraz ze swoim rodzeństwem często wspierają nasze wydarzenia, pokazując mijającym nas, że treści, które prezentujemy, nie powodują (tak nadużywane dzisiaj słowo) „traum” czy „straszenia dzieci”. Siedziała cichutko, obserwując mijających nas ludzi. W pewnym momencie dwie postawne, młode dziewczyny o kolorowych włosach z impetem podeszły do stanowiska. Zaatakowały dziewczynkę, nie zwracając uwagi na to, że ta jest przerażona ich zachowaniem. Krzyczały, że zmuszamy dziecko do patrzenia na to kłamstwo, „ona nie chce tu być”, „jesteście chorzy!”, „kłamiecie!”; gdy chciałam odprowadzić młodą wolontariuszkę w bezpieczniejsze miejsce, jedna z kobiet szła za nami, krzycząc niezrozumiały potok słów wprost do mojego ucha. Dopiero stanowcza reakcja spowodowała, że wróciła do koleżanki, a Magda mogła się uspokoić.
„Nie jestem kobietą”
Kontynuowałam rozmowę z agresorkami. Twierdziły, że jedna z nich jest chłopakiem i ma na imię Sebastian. Oskarżała, że „tacy jak my spowodowali, że chciała się zabić”.
„Nie proszę pani, okrutne i traumatyczne (nomen omen) wydarzenia, które pani przeszła w życiu stanowiły trzon tego pragnienia. Na nas zrzuca pani tylko odpowiedzialność za to” – odpowiedziałam.
Zaczęła na nas wymuszać zwracanie się do niej męskim imieniem. Napotkała na stanowczą odmowę. Staraliśmy się obu paniom wytłumaczyć, że płeć to nie koncept społeczny, a biologia. Zapytałam, jakie chromosomy ma kobieta, a jakie mężczyzna. Nie umiały odpowiedzieć, powtarzając jak mantrę „Nie jestem kobietą! Mam na imię Sebastian!”.
„Nie mogę partycypować w Pani zaburzeniu. Jest Pani kobietą i nic tego nie zmieni!” – powiedziałam.
„Jestem mężczyzną! Potwierdził to mój psycholog, pedagog i psychiatra!”. Próbowałam kobiecie racjonalnie wytłumaczyć, że zadaniem psychiatry czy psychologa jest rozwiązanie problemu, który tkwi u podstawy powstałego zaburzenia, a nie kłamstwo i utwierdzanie jej w fałszywym obrazie samej siebie. Zaburzenia adekwatnego spostrzegania swojej płciowości, w najczęstszych przypadkach, spowodowane są nadużyciami seksualnymi względem tych osób, despotycznym rodzicem lub absencją jednego z nich. Swoje przysłowiowe „pięć groszy” dorzuca też mainstream ze swoją modą bycia innym oraz tęczowy walec homozagłady, który wmawia młodym ludziom, że mogą być kim sobie tylko zamarzą, a nikt nie ma prawa mówić im, że tak nie jest. Ot, świecie dopasuj się do mnie, a jak nie, to zobaczysz! Tylko co?
„No to nazwę Cię facetem”
Racjonalność nie przebijała się przez ten mur zwiedzenia. „Jak mnie nie będziesz nazywać Sebastianem, ja będę nazywać cię facetem!” – usłyszałam. Uśmiechnęłam się serdecznie, bo ten akt desperacji był rozbrajający. Do kobiet nie docierało, że nie sprawia mi to żadnej przykrości, bo każdy może stwierdzić, bezapelacyjnie, że jestem kobietą. Ba! Moje chromosomy to XX więc z naturą się nie dyskutuje. W czasie tej burzliwej dyskusji określająca się mianem „mężczyzny” dziewczyna wyjęła spod ubrania krzyż. „Bóg kocha wszystkich!”. Nie mogłam się zgodzić bardziej.
„Pan Bóg kocha wszystkich, ale nie kocha naszego grzechu. Żaden sodomita, żaden homoseksualista nie wejdzie do Królestwa Bożego. Skoro jest Pani wierząca, zna Pani te słowa z Biblii”.
„Biblię każdy interpretuje po swojemu! To tylko książka” – odpowiedziała. Wytknęłam jej kolejny błąd rozumowania. „Biblia to Słowo Boże. Skoro pani wierzy w Boga, to …” Nie dokończyłam. Jej koleżanka przekrzykiwała nas, informując zebranych, że „jest lesbijką i jest ze swoją narzeczoną bardzo szczęśliwa”. Nikt z nas nie był zainteresowany tym wyznaniem, bo o nic takiego nie pytaliśmy. Poza tym intymność winna pozostać „nasza”, zakryta. A nie obdarta z wszelkiej godności i wstydu. Panie zdając sobie sprawę z tego, że nie mają możliwości zmanipulowania nas swoimi mrzonkami, postanowiły udać się w sobie wiadomym kierunku. Odprowadziliśmy je wzrokiem, analizując, co się właściwie stało.
Być może przystanięcie przy naszej pikiecie i ta emocjonalna rozmowa była pierwszym krokiem tych młodych osób do tego, by dostrzec, jak bardzo są oszukiwane. Jak bardzo są krzywdzone. W jak brutalny sposób odbierana jest im godność człowieka. W końcu, że jest szansa, by wyrwać się z tego szaleństwa. Trzeba tylko chcieć. Sursum Corda!
Do zobaczenia!