Nazywam się Felek.
Byłem już gotowy. Miałem ukształtowane linie papilarne, które nigdy niczego nie dotknęły i płuca czekające na pierwszy haust powietrza. Moim jedynym „błędem” było to, że nie byłem idealny w świecie, który ideałów żąda, a słabość karze wykluczeniem. Straciłem życie w październiku 2024 roku w oleśnickim szpitalu. To był 9. miesiąc ciąży, byłem w pełni zdolny do życia poza organizmem matki.
Patrzę na wasz świat i widzę przedziwny spektakl. Widzę celebrytów, którzy z przejęciem mówią o miłości i o wielkim sercu dla chorych dzieci. Widzę, jak ocierają łzy przed kamerami zbierając fundusze na fundację nowotworową. To te same twarze, które nieraz chwilę później potrafią z pogardą patrzeć na moich obrońców, nazywając ich „ciemnogrodem”.
Dlaczego wasza wrażliwość jest wybiórcza?
Promujecie empatię, a milczycie o tym, jak wyglądało moje zabójstwo. Moje serce, które biło miarowo przez dziewięć miesięcy, zostało zatrzymane zimnym, precyzyjnym zastrzykiem z chlorku potasu. To nie była pomoc – to była egzekucja wykonana w miejscu, gdzie życie powinno być ratowane.
Tak chętnie mówicie wiele rzeczy, a odwracacie wzrok od procedur, w których dzieci takie jak ja są rozrywane na kawałki. Czy to dlatego, że nie mamy głosu, by krzyczeć, ani konta na Instagramie, by pokazać swój ból?
To porażające, że ci sami ludzie, którzy jednoczą naród w walce z rakiem u większych dzieci, akceptują brutalne zabijanie tych trochę mniejszych. Czy życie ma dla Was znaczenie tylko wtedy, gdy jest fotogeniczne i pasuje do waszej ideologii?
W szpitalu w Oleśnicy stałem się dowodem na to, że w waszej cywilizacji miłosierdzie stało się towarem luksusowym i wybiórczym. Jeśli potraficie drżeć o życie dziecka w hospicjum, a jednocześnie z obojętnością przyjmować śmierć zadaną igłą prosto w serce dziecka, to wasza empatia jest tylko maską.
Nie proszę o waszą litość, bo dla mnie jest już za późno. Proszę o prawdę. Byłem człowiekiem, miałem serce – dopóki nie zdecydowaliście, że wolno je zatrzymać.
Felek