Otaczające ją środowisko widziało, co się z nią dzieje. Nikt jednak nie podał jej pomocnej dłoni ani nie zaoferował nadziei na dalsze życie. Nikt nie zasugerował terapii lub wsparcia psychologicznego – choćby przez włączenie się do grup wsparcia dla rodziców po stracie dziecka. Znaleźli się za to usłużni, którzy za 13 500 dolarów zajęli się zorganizowaniem dla niej samobójstwa (dla niepoznaki nazwanego eutanazją) w morderczej placówce Pegasos w Szwajcarii.
Kolejny człowiek został porzucony w najgłębszej rozpaczy. Zamiast wyciągnąć do niej rękę i powiedzieć „Twoje cierpienie ma sens, jesteś tak bardzo nam potrzebna, twoje życie wciąż ma ogromną wartość” aplikuje się jej śmierć, będącą iluzorycznym, i ostatecznym, rozwiązaniem czegoś, co ma szeroką perspektywę „uleczalności”. Pegasos przyjął jej wniosek, pozwolił wybrać strój, w jakim zostanie uśmiercona, gdy w tle będzie rozbrzmiewać piosenka „Die with a smile”. Pracownicy placówki zaaplikują zabójcze „remedium” i odhaczą w swoich statystykach kolejną osobę, na której dokonano nieodwracalnego okrucieństwa. Wszystko higienicznie i z „godnością”. Potem posprzątają salę, ciało spakują w czarny worek i będą czekać na kolejnego zrozpaczonego człowieka. Koniec problemu.
Cierpienie musi zniknąć z widoku
I w tym właśnie jest sedno współczesnej ideologii zabijania na życzenie. Cierpienie stało się nie tyle niewygodne, co wręcz nieakceptowalne dla „postępowego” społeczeństwa. Tu nie chodzi o to, by realnie pomagać ludziom wyjść z powstałych traum, depresji czy żałoby. Najważniejsze jest wyeliminowanie cierpienia z przestrzeni publicznej, by nie psuło komfortu tych, którzy głoszą, iż „wszystko będzie tylko pięknie i dobrze”.
Matka załamana śmiercią syna, młoda dziewczyna po kilku gwałtach, stary człowiek „zmęczony życiem” i opieką nad swoim chorym współmałżonkiem – ich widoczny ból zakłóca iluzję społeczeństwa dążącego do sukcesu, nielimitowanej młodości, przyjemności i samorealizacji. Zamiast patrzeć na wykrzywioną z bólu twarz, po której płyną łzy, zamiast wyciągnąć pomocną dłoń, „afirmują”: „Masz prawo do śmierci. Niech nikt nie mówi ci, że nie możesz tego zrobić. To najlepsze wyjście„. Tak naprawdę mając na myśli: „Zniknij. Już nie chcę patrzeć na to mazgajstwo. Nie trzeba nam słabeuszy”. Ani odrobiny współczucia, człowieczeństwa czy próby zrozumienia. Zamiast tego mamy egoizm przebrany w szaty autonomii i godności. Dzisiejsze społeczeństwo nie chce widoku ludzkich słabości – dlatego oferuje jej „zniknięcie’.
Budowanie kolejnych konglomeratów śmierci, pod przykrywką placówek eutanazyjnych, jest tańsze i mniej pracochłonne, aniżeli rozbudowywanie sieci wykwalifikowanych psychologów czy terapeutów, mogących pomóc w „bólu egzystencjalnym” całych mas. No i nie wymaga długotrwałego wysiłku od systemu bestii.
W tym mechanizmie dochodzi do głębokiej dehumanizacji człowieka. Świętość ludzkiego życia zniknęła – jest za to subiektywne poczucie „jakości życia”. Jeśli ktoś jest zbyt smutny, przytłoczony czy ma poczucie pustki, to jego życie traci wartość w oczach społeczeństwa. Jego rola sprowadza się do przedmiotu, który może być przydatny. Dlaczego? Nie jest przypadkiem, że kraje przodujące w tzw. liberalizowaniu prawa eutanazyjnego (Kanada, Belgia, Holandia, Szwajcaria) są czołówką w pobieraniu ludzkich organów od osób poddawanych „medycznie wspomaganej śmierci”. Kanada wręcz bije rekordy na tym polu, ustanawiając okrutny precedens win-win – jeden człowiek zabity, drugi z jego częściami zamiennymi.
Interes na morderstwach
Kliniki eutanazyjne zarabiają ogromne pieniądze na zabójstwach ludzi. A system medyczny wzbogaca się o zdrowe organy tych zamordowanych. Życie ludzkie staje się zasobem, który jest już tylko matematycznym równaniem: eutanazja=sprzedawca=nabywca. Interes się świetnie kręci.
Każde życie ma nienaruszalną godność, niezależnie od tego, jak bardzo człowiek cierpi. Przecież nie mierzymy wartości człowieka poziomem cierpienia czy zadowolenia, którego doświadczył. Matka po stracie dziecka nie jest „przypadkiem beznadziejnym”, nierokującym na przyszłość. Jest człowiekiem, który zasługuje na to, by mu pomóc i przy nim trwać – nawet gdy dzisiejszy świat mówi „nie warto, niech idzie na straty”.
Historia Wendy Duffy to kolejne wołanie o człowieczeństwo. Każdego z nas. Jeśli zaakceptujemy, że śmierć stanowi odpowiedź na cierpienie emocjonalne, wszelkie granice przestają już istnieć. Matka po śmierci dziecka, nastolatek z autyzmem, zgwałcona młoda kobieta, starsza pani z chorobą psychiczną – kultura śmierci na żądanie nie ma żadnych hamulców.
Cierpienie nie znika, gdy zabijemy cierpiącego. Ono na chwilę tylko zostaje ukryte. Znika za to szacunek do ludzkiej godności. Bo przytłoczeni bólem nie potrzebują śmierci jako rozwiązania, potrzebują nas – ludzi, którzy powiedzą: Twoje życie ma sens. Nawet w bólu. A zwłaszcza w bólu. Jestem przy Tobie. Przejdziemy przez to razem.
Bo życie jest zawsze świętością. Zwłaszcza, gdy boli najbardziej.
Źródło: https://www.lifenews.com/…