Byłam zagubiona i przerażona. Zmagałam się z depresją. Organizacja, która mi „pomogła”, od razu zaplanowała mi aborcję. Byłam chora na depresję, przerażona, młoda i sama. Zgodziłam się pod wpływem partnera na aborcję. Organizacja pro kobieca „women on waves” w ramach swojej działalności skontaktowała mnie mailowo z lekarzem. Przysłano mi tabletki (z Indii), które połknęłam zgodnie z instrukcją.
W tym momencie zaznaczę. Wmówiono mi że to, co ze mnie wyleci, to będzie zlepek komórek, galaretowata masa. Że nie robię nic złego. Prawda okazała się makabryczna.
Urodziłam płód z rączkami, stópkami, paluszkami, twarzyczką, maleńkim brzuszkiem. Urodziłam łożysko. Trafiłam następnie do szpitala. W szpitalu moje dziecko oddano do utylizacji. Nikt mnie nie spytał, czy chcę pochować. Usunięto też „resztki” z mojej macicy.
Nikt nie pomyślał o kontakcie z psychologiem. Miałam myśli samobójcze. Po szpitalu jednego dnia chodził ksiądz. I to on jako jedyny ze mną porozmawiał. Namówił mnie na spowiedź. Wysłuchał. Dziś wiem, że ten ksiądz uratował mi życie. Nie wiem, co bym ze sobą zrobiła po tym, co się stało.
Od lat ponoszę konsekwencje tego czynu. Ogromne stany depresyjne, próby samobójcze. To wszystko przeżyłam po aborcji.
Ten ksiądz uratował mi życie. Do dziś mam z nim kontakt. I on mi pomaga. Gdyby nie on już bym pewnie nie żyła. Jest moim stałym spowiednikiem.
Po tym wydarzeniu wyrzuciłam byłego partnera z mieszkania, które wynajmowaliśmy. Dziś mam męża, który wie, przez co przeszłam.
Uratowali mnie mąż i ksiądz
Moje przesłanie do kobiet jest jedno – uważajcie, kogo wybieracie na partnera. Mój były miał poglądy lewicowe, proaborcyjne, antykatolickie. Mój mąż ma poglądy prawicowe i konserwatywnie katolickie. Ja sama jestem niechcianym dzieckiem z domu dziecka. Mąż i ten ksiądz mnie uratowali.
Wiem, że gdybym miała wtedy wsparcie, to bym urodziła to dziecko. Dziś wiem na swoim przykładzie, że aborcja to jest morderstwo. Ja zamordowałam moje dziecko. Pomimo iż Bóg mi wybaczył, zostałam rozgrzeszona, ja sobie wybaczyć nie potrafię.
Po aborcji miałam jedną próbę samobójczą i jeden pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Lekarz po moim wybudzeniu ze śpiączki powiedział, że to cud, że ja żyję. Największym wsparciem w szpitalu psychiatrycznym był różaniec, modlitwa oraz spowiedź. Ksiądz mi wtedy bardzo pomógł. Przy próbie samobójczej miałam jedną myśl, chciałam iść do mojego dziecka. I tę myśl mam w sobie nadal. Za każdym razem, gdy widzę dziecko, mam w głowie widok ciałka mojego maleństwa. To jest ogromny ból. Nie dane mi było nawet go pochować.
Przestrzegam przed seksem przed ślubem i aborcją. To są najgorsze wybory życiowe. Nie tylko grzechy, ale też tragedia dziecka, które się poczyna z takich stosunków i umiera w aborcji. Z mężem czekaliśmy do ślubu z seksem i jest ogromna różnica w małżeństwie, w którym jestem teraz, a związku, w którym byłam wtedy.
Pomimo minionych lat, wciąż przeżywam to mocno. Żadna terapia nie przywróci życia mojemu dziecku, a więc mi też nie pomoże.
Muszę z tym żyć
Dziś mam 33 lata. Od 6 lat jestem w swoim drugim związku w życiu. Od 2 lat w małżeństwie. Zmagam się z zespołem policystycznych jajników i możliwe, że nigdy nie będę miała dzieci. Planujemy adopcję. Ja sama żyję dzięki modlitwie i różańcu. Bóg jest sprawiedliwy.
Drogie kobiety w kryzysie niechcianej ciąży, to, co nosicie pod sercem, to nie jest zlepek komórek, to nie jest galaretowata masa. To jest dziecko. Aborcja to morderstwo własnego dziecka. Widoku martwego ciałka mniejszego niż dłoń, ciałka własnego dziecka, nigdy się nie zapomina.
Aborcja to zabójstwo, po którym następuje, jak to ujął lekarz, „wydalenie płodu”. Dla mnie to był poród martwego dziecka.
Wy z tym, co się stało, będziecie musiały żyć. Nikomu, nawet najgorszemu wrogowi nie życzę tego.
Dominika Szopińska