„Mowa nienawiści”, czyli jak zakneblować przeciwnika

O mowie nienawiści słyszymy i czytamy od dawna, że powinna być zakazana, trudno jednak znaleźć definicję, która byłaby zrozumiała i zgodna ze zdrowym rozsądkiem.

Pierwszym wyborem powszechnie używanej przeglądarki jest „negatywnie nacechowane wypowiedzi skierowane do określonej jednostki/grupy ze względu na posiadane przez nią cechy”. Gdybyśmy przyjrzeli się wypowiedziom w mediach o orientacji lewicowej pod adresem „faszystów” i „nazistów”, okazałoby się, że w tych mediach roi się od przejawów „mowy nienawiści”. Każdy jednak wie, że lewica z definicji wolna jest od mowy nienawiści, a jeśli przypadkiem wypowiedź lewicowców spełnia kryteria ogólnej definicji, wtedy nie używamy określenia „mowa nienawiści”, tylko piszemy o „słusznym oburzeniu”.

Oczywiście, nawet jeśli uznamy, że „naziści” i „faszyści” są ofiarami „mowy nienawiści”, to i tak publiczność uzna, że to ich wina, bo przecież nie musieli stawać się „nazistami”. Problem polega na tym, że wielu z nas może jutro stać się „nazistami”, „faszystami”, albo „putinowcami” nie zdając sobie z tego sprawy.

Ponieważ taka właśnie „przemiana” spotkała ostatnio mnie, podzielę się ku przestrodze swoim doświadczeniem. Dla zrozumienia tej historii potrzebne jest przypomnienie wydarzeń ostatnich kilku lat.

W 2013 roku kilka ministerstw, a także europejskie biuro Światowej Organizacji Zdrowia zorganizowało w Pałacu Staszica prezentację „Standardów edukacji seksualnej w Europie”. Dokument firmowały Biuro Regionalne WHO i niemieckie Federalne Centrum na rzecz Edukacji Zdrowotnej. W dokumencie znajdowały się zalecenia „edukatorów seksualnych”.

Jak wyglądają Standardy Edukacji Seksualnej WHO?

Zalecano między innymi masturbację w okresie wczesnego dzieciństwa (wiek 0-4), w tym samym wieku, rozwijanie pozytywnego nastawienia wobec różnych stylów życia i różnorodności związków. W następnej grupie wiekowej (4-6) te same zalecenia powtarzają się, a dochodzi do tego promowanie postawy „moje ciało należy do mnie”, postaw „otwartych i nieoceniających”. 6-latki mają poznawać rozmaite metody antykoncepcji, a także zrozumieć pojęcia „akceptowalne współżycie/seks”. Mają się dowiedzieć o pozytywnym wpływie seksualności na zdrowie i dobre samopoczucie, a także o prawach seksualnych dzieci. 9-latki mają poznawać różnorodne zachowania seksualne i skutecznie stosować rozmaite środki antykoncepcyjne. Mają znać prawa seksualne zdefiniowane przez International Planned Parenthood Federation (IPPF) czołowego dostawcę aborcji na świecie. 12 latki powinny umieć negocjować i komunikować się „w celu uprawiania bezpiecznego i przyjemnego seksu”. Nie jest wskazane z kim mają negocjować, a nikt z tych negocjacji nie jest wykluczony.

W konkretnych wskazaniach dokumentu zawartych w matrycy (str. 38 – 51) znajduje się wiele punktów dotyczących przyjemności z seksu i masturbacji, a także antykoncepcji. Bezskuteczne byłoby natomiast poszukiwanie odniesień do trwałych zasad moralnych. W dokumencie podkreśla się zmienność i względność norm i postaw. Edukacja seksualna, oparta na takich założeniach, od kilkudziesięciu lat jest wprowadzana w wielu krajach Zachodu. Z opłakanymi skutkami.

Liczba chorób wenerycznych wśród młodych rośnie lawinowo, podobnie jak liczba niepożądanych ciąż wśród nastolatek. Na ogół ciąże te kończą się aborcjami, a wiele nastolatek w Wielkiej Brytanii ma za sobą kilka aborcji. Pociąga to za sobą oczywiście problemy psychiczne i niezdolność do budowania trwałych związków rodzinnych. W wielu krajach Zachodu rodzina jest w zaniku.

Trudno się dziwić, że ludzie świadomi niszczących skutków edukacji seksualnej na Zachodzie podjęli działania aby zamierzone wprowadzanie akcji deprawacyjnej do polskich szkół powstrzymać. Jedną z takich akcji była podjęta w roku 2014 inicjatywa ustawodawcza „Stop pedofilii”, której celem było poinformowanie rodziców o zagrożeniach dla dzieci i młodzieży wiążących się z wprowadzeniem edukacji seksualnej do szkół. Mimo ataków w mediach mainstreamowych, inicjatywa zebrała ponad 200 000 podpisów, a debata wokół inicjatywy ustawodawczej pozwoliła na dotarcie do znacznej grupy rodziców.

Uświadamianie społeczności sprawiło, że politycy bali się narzucać standardy

Akcje społeczne zablokowały wprowadzenie deprawacyjnych „Standardów” do prawa oświatowego, czego prezentacja w Pałacu Staszica miała być preludium. Rządząca Platforma Obywatelska nie chciała ryzykować narzucenia deprawacji seksualnej przed wyborami w roku 2015. PiS odniósł w wyborach całkowite zwycięstwo, odwołując się do tradycji i moralności. W debacie parlamentarnej PiS popierał postulaty powstrzymania deprawacji dzieci i młodzieży zawarte w inicjatywie „Stop pedofilii”, po zwycięstwie wyborczym nie mógł więc deprawacji seksualnej popierać. Nowy rząd nie podjął jednak żadnych konkretnych działań, aby deprawatorów powstrzymać.

Po sukcesach w wyborach samorządowych w roku 2018 do ofensywy przystąpili politycy popierający rewolucję obyczajową. Rewolucjonistami okazali się zarówno politycy „nowej lewicy”, jak i Platformy Obywatelskiej, która kilkanaście lat wcześniej definiowała się jako partia konserwatywna. W lutym 2018 r. Rafał Trzaskowski podpisał „Deklarację LGBT +” wprowadzającą liczne przywileje dla rewolucjonistów obyczajowych i zapowiadającą wprowadzenie „Standardów Edukacji Seksualnej w Europie” do warszawskich szkół.

Wobec bierności PiS ciężar walki o powstrzymanie deprawacji spoczął znowu na barkach organizacji obywatelskich. W kampanię przeciw deprawowaniu dzieci włączyły się liczne organizacje społeczne, a Fundacja Pro – Prawo do życia podjęła kolejną inicjatywę ustawodawczą „Stop pedofilii”. W ramach kampanii promującej projekt w miastach polskich pojawiły się furgonetki ostrzegające o ryzyku związanym z homoseksualnym trybem życia. Informowaliśmy o nieproporcjonalnie dużym ryzyku zarażenia HIV/AIDS i innymi chorobami wenerycznymi, a także cytowaliśmy wyniki badań pokazujących zwiększone ryzyko wystąpienia pedofilii wśród homoseksualistów. Projekt „Stop pedofilii” w roku 2019 uzyskał 265 000 podpisów. Podczas I czytania został skierowany do prac w komisjach i do tej pory tam się znajduje.

Wątki związane z powstrzymywaniem deprawacji zostały wykorzystane przez PiS w wyborach parlamentarnych 2019 i wyborach prezydenckich roku 2020. Zarówno pierwsze jak i drugie zakończyły się zwycięstwami kandydatów PiS. Analitykom politycznym łatwo było dostrzec, że sukcesy PiS opierają się na konserwatywnym elektoracie. Z kolei zaangażowanie tego elektoratu w wybory zależy od informacji, które do niego docierają.

Ponieważ wielkie media popierają agendę liberalną, szansą na pobudzenie tego elektoratu dawały duże kampanie społeczne i media społecznościowe. Nie uszło to z pewnością uwagi analitykom związanym z rewolucjonistami. Począwszy od roku 2020 mamy do czynienia z mocną cenzurą w mediach społecznościowych, skierowaną przeciw profilom przeciwstawiającym się rewolucji moralnej. W wielu przypadkach zasięgi takich profili na Facebooku spadły dziesięciokrotnie.

Kneblowanie ust

Kolejnym zadaniem „reformatorów moralnych” było ograniczenie aktywności konserwatywnych organizacji społecznych. Postanowiono użyć do tego policji i sądów. Policja państwowa od kilkunastu lat występuje w roli chłopca na posyłki środowisk aborcyjnych, który absurdalne zarzuty o wywoływanie zgorszenia i umieszczanie nieprzyzwoitych rysunków w przestrzeni publicznej, zanosi do sądów z wnioskami o ukaranie. Sądy wydały do tej pory ponad 120 wyroków na korzyść wolontariuszy Fundacji Pro – Prawo do życia, ale ciągle pojawiają się kolejne oskarżenia.

Od roku 2020 mamy do czynienia z zarzutami odnoszącymi się do kampanii antydeprawacyjnych. Ponieważ odwołujemy się w nich do statystyk pokazujących korelację między homoseksualnym stylem życia i problemami zdrowotnymi, a także pedofilią, jesteśmy oskarżani o stosowanie „mowy nienawiści”. „Mowa nienawiści” nie jest zdefiniowana w polskim prawie, w związku z tym oskarżyciele nie mają żadnych hamulców w przypisywaniu jej tym, których nie lubią, albo przeszkadzają w realizacji ich planów.

Chwyty retoryczne, które stosują są naprawdę mocne i dlatego warte przytoczenia. Otóż krytykowanie zachowań homoseksualnych porównywane jest do Holokaustu, a także ludobójstwa w Rwandzie i Kambodży. Nasze akcje informacyjne miałyby prowadzić do karania, izolowania i eliminacji „kochających inaczej”. Aktywiści LGBT+ mówią podczas procesów, że przyjaciele oferują im ukrywanie w piwnicach i domkach letniskowych.

Jawne i tłumne „Marsze równości” z udziałem władz, korpusu dyplomatycznego i reprezentantów światowych korporacji w sposób oczywisty przeczą deklarowanemu poczuciu zagrożenia środowisk tęczowych. A jednak jest w tych deklaracjach ziarno prawdy.

Prześladowania już trwają. Są skierowane przeciw wszystkim, którzy ośmielają się przeciwstawiać agendzie LGBT+.

Czy wiesz, ze grozi nam zniknięcie z mediów społecznościowych? 

Zapisz się do naszego newslettera, aby otrzymywac informację o najważniejszych wydarzeniach na froncie walki z aborcją i deprawacją!

     

    Wesprzyj naszą działalność:

    . PLN