Jeszcze przed rozpoczęciem modlitwy natrafiliśmy na utrudnienia, zapewne ze strony szpitala, gdyż w miejscu naszego planowanego zgromadzenia ustawiono słupki i rozciągnięto biało-czerwone taśmy. Ponieważ przeszkody uniemożliwiały rozłożenie plakatów naszemu legalnemu, zarejestrowanemu zgromadzeniu, odsunęliśmy je, a następnie rozłożyliśmy materiały antyaborcyjne oraz głośnik. Potem rozpoczęliśmy wydarzenie.
Na początku jego trwania ze szpitala wyszła dyrektor i zaczęła się awanturować, mówiąc, że to teren szpitala i nie mamy prawa tutaj być. Zagłuszała przy tym modlitwę, a ponadto próbowała zerwać zahaczone o barierki plakaty antyaborcyjne. Gdy jej się nie powiodło, odeszła. Po pewnym czasie znów wyszła do nas z podobnymi zarzutami. Na pytanie, czy zabijanie dzieci poprzez aborcję jest dla niej problemem, odparła jedynie, że „nie będzie o tym rozmawiała”. Chcieliśmy, aby się przedstawiła, ale tego nie uczyniła. Za to zapowiedziała, że poda nas do sądu.
Skoro dyrektor akceptuje aborcję w szpitalu, to czemu tak przeszkadza jej widok plakatów przedstawiających aborcję pod jego murami?