Przypomnijmy, że w czerwcu podczas prac remontowych na prywatnej posesji w Lutoryżu pod Rzeszowem odkryto szczątki nienarodzonych dzieci oraz liczne odpady medyczne. Śledczy poza szczątkami zabezpieczyli między innymi bloczki parafinowe i szkiełka mikroskopowe. Według ustaleń policji wszystko miało być zakopywane w czasie, gdy pod tym adresem mieszkała Magdalena H.
Na obecnym etapie śledztwa nie ma dowodów, że Magdalena H. wykonywała nielegalne aborcje albo zakopywała dzieci z niej pochodzące. Dlatego trzeba domagać się rzetelnego wyjaśnienia wszystkich okoliczności – by na pewno wyjaśnić wszystkie wątpliwości towarzyszące tak makabrycznej sprawie.
Poza wątkiem możliwych aborcji ważna jest inna kwestia: języka towarzyszącego znalezionym w ziemi dzieciom. „Szczątki”, „odpady” – czytamy w mediach. Ponad trzydzieścioro dzieci sprowadzonych do miana „śmieci” i właśnie tak przez Magdalenę H. potraktowanych. Bo przecież nawet jako poronione, miały prawo do godnego pochówku.
Możliwe, że te dzieci nie zostały ofiarami aborcji i nie przeżyłyby i tak (choć tej kwestii do końca nie wykluczono). Z pewnością jednak padły ofiarą aborcyjnej retoryki, jeśli ludzie widzą w nich „odpady”. A to właśnie musiała widzieć w nich patomorfolog, jeśli potraktowała je w ten sposób.
Źródło: https://rzeszow.tvp.pl/…