Jego historia sięga 1989 roku, kiedy to Bzeek, wraz ze swoją zmarłą żoną, rozpoczęli przyjmowanie pod swój dach ponad osiemdziesięcioro dzieci. Jak sam mówi, około dziesięcioro zmarło mu na rękach. Niektóre z nich były bezimienne. Sam nadawał im imiona, które pochodziły wprost z jego serca. Niektóre ważyły tyle ,co nic. Ich małe trumienki niósł w dłoniach na miejsce wiecznego spoczynku. Niektóre zaś żyły u niego latami, pomimo że medycyna dawała im najwyżej kilka tygodni. Jak twierdzi – bo ktoś do nich mówił. Bo ktoś po prostu był.
Jedna z jego adoptowanych córek – dziewczynka z głęboką encefalocelą – przyszła na świat z mózgiem ulokowanym częściowo poza czaszką. Operacja uratowała jej życie. Dziewczynka była niewidoma, głucha sparaliżowana, karmiona pozaustrojowo i doświadczała codziennych napadów drgawek. Lekarze podpisali na nią wyrok śmierci krótko po jej urodzeniu – nie będą jej pomagać, bo „nie widzą sensu”. A ona żyła – najpierw miesiące, potem lata – bo ktoś dostrzegł w niej potrzebującego bliskości (miłości) człowieka. „Wiem, że nie słyszy i nie widzi – opowiadał reporterowi, gładząc jej policzek – ale ja i tak do niej mówię. Trzymam ją na rękach godzinami. Bawię się jej dłońmi, jej palcami. Dotykam. Ona czuje. Ma uczucia. Ma duszę. Jest człowiekiem.”.
To nie słowa na pokaz. To wyznanie człowieka, który towarzyszy tym kruchym istotom w odchodzeniu. Który nigdy nie odwrócił wzroku, gdy śmierć patrzyła mu w twarz. Każde z tych adoptowanych dzieci – bez wyjątku – otrzymywało od niego to, czego system nie jest w stanie kupić czy zapewnić: bliskość, dotyk, obecność, współczucie i troskę. Świętość życia objawia się właśnie w tych ostatnich chwilach, będących czasem największym wyzwaniem – gdy nie liczy się już nic poza tym, czy ktoś trzyma za rękę. Czy ktoś jest obok…
Media dowiedziały się późno
Mohamed nigdy nie szukał rozgłosu. Dopiero w 2017 roku media dowiedziały się o jego istnieniu i opowiedziały jego historię. Ameryka na chwilę wstrzymała oddech. Zebrano setki tysięcy dolarów na remont sfatygowanego już domu, generator, sprzęt medyczny. Dla niego jednak najcenniejszymi okazały się listy, które zaczął dostawać. „Jesteś moim bohaterem” „Dzięki Tobie zmieniłam życie” „Dzięki Tobie chcę adoptować dzieci”. On sam jest człowiekiem „po przejściach”. Jego żona Dawn, z którą tworzyli adopcyjną rodzinę, odeszła w 2014 roku po długiej i wyczerpującej chorobie. Stracił kilkoro biologicznych dzieci w podobnych okolicznościach. Jego jedyny syn, Adam, zmaga się z karłowatością i wrodzoną łamliwością kości – waży niewiele ponad 30 kilogramów. Po domu porusza się na deskorolce, którą ojciec zrobił mu z deski do prasowania.
W 2020 u Mohameda zdiagnozowano nowotwór jelita grubego. Pomimo tego nie zaprzestał swojej życiowej misji. Wciąż opiekuje się dziewczynką, której „nikt nie chciał”. Bo wierzy w niepodważalne prawo człowieka – każdy zasługuje na życie i nikt nie powinien odchodzić sam.
W czasach, gdzie aborcję sprzedaje się jako akt miłosierdzia, w których „jakość życia” staje się niejednokrotnie wyrokiem śmierci, w których niechciane noworodki porzuca się jak śmieci w plastikowych torbach, on milcząco, z dala od uwagi publicznej i świateł reflektorów jest kwintesencją miłości do bliźniego. Bezgłośnie woła, że wartość ludzkiego życia nie zależy od lekarskich prognoz jego długości, wydolności ciała czy rachunku za medykamenty. Że najgłębsza godność ujawnia się wtedy, gdy nic już nie pozostało.
W roku, w którym dowiedział się o swojej diagnozie nowotworu jelita grubego drugiego stopnia, powiedział „Nie było ze mną rodziny, a ja byłem przerażony (diagnozą). Czułem to samo, co czują te dzieci. One są same. Mam 62 lata i byłem przerażony. Co one muszą czuć?”
Mohamed Bzeek to żywy dowód na to, że jeden człowiek może sprawić, by czyjeś ostatnie chwile życia stały się aktem miłości. Bo ktoś chwyci za rękę i powie do ucha „Nie jesteś sam. Jestem przy Tobie”. I żebyś odszedł wiedząc, że byłeś kochany. Do końca…