Tereska jest naszym czwartym dzieckiem. Narodziny każdego z nich były pięknym, choć trudnym doświadczeniem, a historia tego dziecka w sposób szczególny ukazuje niezwykłość Bożej Miłości do człowieka od pierwszej chwili życia.

Przyjęcie do wiadomości faktu, że będziemy mieli kolejne dziecko było dla nas trudnym doświadczeniem z dwóch powodów: po pierwsze stan mojego zdrowia na tamten moment nie był najlepszy, po drugie ta ciąża była dla nas zaskoczeniem. Wszystkie nasze dzieci były zaplanowane co do dnia, a tutaj taka niespodzianka. Cieszyliśmy się, ale było w nas też wiele obaw o to, jak damy sobie radę. Już wówczas postanowiłam poprosić Maryję o pomoc i zawierzyłam jej poczęte w tej trudnej chwili nowe życie.

Po pierwszym szoku związanym z przyjęciem kolejnego dziecka pojawiła się pierwsza przykra wiadomość. Badania prenatalne wykazały bardzo wysokie ryzyko wystąpienia zespołu Downa u malutkiej. Kiedy przyszły wyniki, miałam w sobie jakąś złość. Lekarz w sposób chłodny, pozbawiony empatii przekazał mi tę informację, a następnie zaproponował przeprowadzenie kolejnych, bardzo drogich badań, za które mielibyśmy płacić z własnej kieszeni. Pomyślałam wtedy, że takie diagnozy tylko napędzają pacjentów prywatnym firmom medycznym. W dodatku czułam, że lekarze najchętniej zaproponowaliby mi aborcję, ale zmiana ustawy spowodowała, że nie mogli tego zrobić. Miałam nieodparte wrażenie, że są z tego powodu niezadowoleni.

Nam – rodzicom trudno było przyjąć informację o tym, że nasza córeczka może być tak bardzo chora, ale uznaliśmy, że jeśli taka będzie wola Boża, to może jest to nam potrzebne. Wszyscy przecież wiemy, że osoby z zespołem Downa są pełne miłości i radości, że może tego właśnie nam brakuje. Pojechaliśmy całą rodziną na Jasną Górę, aby oddać malutką, wtedy już Tereskę, Królowej i ufaliśmy, że co by się nie wydarzyło, Maryja pomoże nam i że poradzimy sobie. Jednocześnie wielu naszych bliskich zaczęło intensywnie modlić się o zdrowie Tereni.

Niepokojące wiadomości

Kolejna kontrola wykazała jednak u dzieciątka dziwną wadę serca. Lekarz nie umiał określić, co dzieje się w serduszku Tereski i skierował nas do jednego z najlepszych profesorów zajmujących się ultrasonografią prenatalną. Doktor ten uspokoił nas stwierdzeniem, że diagnoza zespołu Downa jest wyssana z palca i wyniki badania wcale nie wskazują na wysokie ryzyko wystąpienia tej wady, a układ serduszka jest co prawda trochę inny niż zazwyczaj, ale nie powinno to znacząco wpływać na zdrowie dziecka. Uspokojeni tymi słowami odpoczęliśmy troszkę od stresu.

Po miesiącu odbyła się następna wizyta, która przyniosła kolejną porcję złych wieści. Profesor nie znalazł układu żył wrotnych w wątrobie i poinformował nas, że bez nich mała Tereska nie ma szans na przeżycie. Kiedy zapytałam czy jest nadzieja na to, aby po pewnym czasie te żyły mogły się pojawić, profesor odpowiedział, że sprawdzał bardzo dokładnie najlepszym sprzętem ultrasonograficznym w Europie i nie widzi tych żył, a to że się pojawią, graniczy z cudem i jest na to 1% szans. Z taką diagnozą wypuścił nas do domu. Wyszliśmy z gabinetu zupełnie załamani, a łzy lały się z moich oczu tak, że z trudnością podpisywałam dokumenty. Przed oczami miałam wizję narodzin, którą znam tak dobrze (przecież urodziłam już troje dzieci) i chwilę, kiedy wezmę na ręce dzieciątko tylko po to, aby się z nim pożegnać.

To co wtedy dało mi nadzieję, to wyznaczony przez recepcjonistkę termin następnej wizyty – 8 grudnia o 12.30, tzw. Godzina Łaski (Święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny). Kiedy usłyszałam, że mamy się zgłosić właśnie tego dnia i o tej godzinie, poczułam, że Maryja jest przy nas i że niezależnie od tego jak skończy się ta historia, Ona nas będzie wspierać.

Wtedy to rozpoczęła się ogromna walka. Wieści o naszej sytuacji rozeszły się bardzo szybko w kręgu naszych rozmiłowanych w Bogu znajomych. Każdy prosił o modlitwę, gdzie tylko mógł. Dostawaliśmy zapewnienie o wsparciu od setek ludzi i wspólnot zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Nasi zaprzyjaźnieni Kapłani odprawiali raz w tygodniu Msze Święte w intencji zdrowia Tereski i każdego dnia błogosławili naszą rodzinę, bliscy rozpoczęli nowenny pompejańskie, były osoby, które podejmowały abstynencję od alkoholu i ofiarowały swoje cierpienia, modląc się o zdrowie Tereni. Siostry zakonne z wielką troską włączały Terenię do swoich codziennych modlitw, a wspólnoty organizowały Jerycha modlitewne. Siostry Michalitki rozpoczęły nowennę do Służebnicy Bożej Matki Anny Kaworek i każdego dnia modliły się przez jej wstawiennictwo. Wielu z tych osób nigdy nie widzieliśmy na oczy. Największym dowodem niezwykłości tej całej sytuacji były zwrotne informacje, jakie w tym okresie wielokrotnie otrzymywaliśmy: „Wiesz normalnie to ja się nie modlę, ale w tej sytuacji obiecuję to zrobić”.

Modlitwa dawała nam siły

Mimo utrudzenia i cierpienia miałam ogromną wewnętrzną radość, że ta maleńka istotka pod moim sercem poruszyła tyle ludzi do modlitwy. Przez niecałe dwa miesiące trwaliśmy w tym trudzie. Był to czas, którego nie zapomnę. Nigdy nie czułam takiego cierpienia, takiej rozpaczy i smutku. Malutka już dosyć intensywnie ruszała się, a każdy jej ruch przypominał mi o tym, co przed nami.

Wtedy z pomocą przyszła mi Służebnica Boża Chiara Corbella Petrillo. Niesamowita Włoszka, która urodziła dwoje bardzo chorych dzieci. Przeżyły one tylko kilkadziesiąt minut i odeszły do Nieba. Dopiero trzecie dziecko Chiary urodziło się zdrowe, jednak sama matka zmarła rok po porodzie z powodu wykrytego już w ciąży raka. Historia i słowa tej pięknej kobiety podtrzymywały mnie w moim trudzie. Nauczyła mnie tego, że czas ciąży który mamy z Tereską musimy wykorzystać na 100%, aby ją pokochać i pokazać jej to, że jest kochana i że takie historie jak nasza mogą być niezwykle piękne. Przecież wierzymy w to, że każdy człowiek staje się człowiekiem już w chwili poczęcia i to ludzkie życie właśnie trwa, że Tereska jest z nami i trzeba dziękować Bogu za każdą chwilę spędzoną wspólnie.

W tym czasie wielką łaską była także obecność naszych przyjaciół, którzy niejednokrotnie otaczali nas modlitwą wstawienniczą przypominając, że cierpienie, które stało się naszym udziałem ma wielki sens, że łącząc je z Męką Naszego Pana Jezusa Chrystusa i Jego Bolesnej Matki, możemy wyprosić wiele łask dla nas i dla naszych bliskich. Zapewne gdyby nie to, że 10 lat temu trafiliśmy na wspaniałego Kapłana, który długo prowadził nas w naszym burzliwym nawróceniu, ucząc modlitwy, ofiary, pokuty a przede wszystkim miłości, zupełnie nie poradzilibyśmy sobie z tym krzyżem.

Nadszedł dzień kolejnej wizyty – 8 grudnia. Przyszliśmy do gabinetu z prośbą o podpisanie dokumentów kierujących nas do hospicjum prenatalnego, gdyż było nam tak ciężko, że obawialiśmy się, iż bez fachowej pomocy nie podołamy temu trudowi i chwila narodzin nas przerośnie. Profesor wykonał badanie USG i bez zająknięcia, tak jakby poprzedniej wizyty w ogóle nie było, oświadczył, że widzi układ żył wrotnych. Co prawda nie jest on idealnie rozwinięty ale jest! Wyszliśmy z gabinetu w totalnym szoku. Zupełnie nie wiedziałam, co mam myśleć. Profesor powiedział, że z 1% nasze szanse wzrosły do 50%. Nawet spytałam mojego męża, czy on na poprzedniej wizycie też słyszał to, co ja. Czy czasem nie przekręciłam czegoś, albo źle zrozumiałam, albo nawet wymyśliłam. – Mój mąż potwierdził, że słyszał to samo. Ogromny kamień spadł mi z serca. Pojawiła się nowa wielka nadzieja, nowe siły do walki. Wprawdzie było jeszcze wiele lęku, ale wiedziałam, że to był prawdziwy cud.

Lekarze nie chcieli przyjąć mnie do szpitala

Walka trwała nadal. Zaraz po tych badaniach, pojawiła się u mnie cukrzyca i nadciśnienie, a na koniec cholestaza ciążowa. Moja psychika i całe moje ciało były już na wykończeniu. Pani Doktor prowadząca ciążę oddała mnie już pod opiekę lekarzy w szpitalu. Tam jednak spotkałam się z przedziwną sytuacją. Stan mojego zdrowia i wszystkie komplikacje jasno wskazywały na to, że powinnam być hospitalizowana, jednak lekarze wciąż odwlekali przyjęcie mnie na oddział. Poziom kwasów żółciowych, bardzo niebezpiecznych dla małej rósł, a ja zupełnie bezradna i nieświadoma siedziałam w domu, zapewniana przez lekarza, że tak będzie dla nas najlepiej.

W pewnym momencie dostałam telefon z laboratorium diagnostycznego, że wyniki moich badań są bardzo złe i że powinnam skontaktować się z lekarzem prowadzącym, jednak ten nadal twierdził, że jest bezpiecznie. Wtedy zadzwoniła do nas znajoma (obecna mama chrzestna Tereni) i od słowa do słowa uświadomiła nam, że nie ma na co czekać i trzeba jechać do szpitala. Tak jakby ktoś wyciągnął nas z jakiejś ciemności. Wstaliśmy i natychmiast ruszyliśmy do szpitala.

Jadąc autem odmawialiśmy Różaniec Święty, a ja miałam uczucie jakbyśmy przed czymś uciekali, przed czymś bardzo złym. Kiedy dotarliśmy na miejsce, natychmiast podjęto decyzję o wywoływaniu porodu. Przez dwa dni akcja porodowa nie postępowała. Przez 12 godzin leżałam pod kroplówką z oksytocyną. Było to bardzo wyczerpujące. Gdy już czułam, jak opuszczają mnie siły, nagle usłyszałam, że aparat KTG wydaje coraz bardziej niepokojące dźwięki. Przyszła położna, poprawiła paski, ale niewiele to zmieniło. Czułam, że mała niknie. Wielki smutek wkradł się w moje serce. Lęk i panika. Zaczęłam wzywać Maryję wołając: Błagam Cię Maryjo, zbudź lekarzy, niech ktoś ratuje to dzieciątko! Przecież ona należy do Ciebie! Łzy mi popłynęły. Natychmiast do sali wszedł lekarz prosząc mnie o zgodę na cesarskie cięcie, którą bez wahania podpisałam. Chwilę później byłam już na sali operacyjnej.

Czułam, że toczy się jakaś ogromna duchowa walka o to życie. Tak długo czekałam na tę chwilę. Całe 9 miesięcy trudu tej ciąży miało teraz zostać wynagrodzone pierwszym niezwykłym krzykiem dziecka… ale niestety, kiedy lekarze wyjęli Tereskę z mojego łona nastała cisza. Cisza tak przenikliwa, że miałam wrażenie, że słyszę, co się dzieje w salach za ścianą, że słyszę kapiącą z kranu wodę, że słyszę wszystko, ale NIE SŁYSZĘ DZIECKA! Nawet nie umiałam się modlić. Widziałam trzy osoby szyjące ranę po cięciu i próbowałam odmówić choć Zdrowaś Maryjo, ale nie dałam rady. Czułam, że się duszę własnymi łzami. Podszedł do mnie anestezjolog i spytał czy wszystko dobrze. To mnie jakoś otrzeźwiło i odpowiedziałam mu, że nie słyszę małej. Lekarz wyglądał, jakby był zdenerwowany zupełnie tak jak ja. Przerażony próbował mnie uspokoić mówiąc, że neonatolodzy się teraz nią zajmują. W tej chwili wyraźnie wypowiedziałam słowa „Święty Michale Archaniele wspomagaj nas w walce…” i usłyszałam cichutki pisk Tereski… wzięłam głęboki oddech i zaczęłam szlochać. Ktoś podszedł z malutką, która była już w inkubatorze. Zobaczyłam jej piękne oczka i czarne włoski. Była prześliczna. Spojrzała na mnie i po chwili zabrano ją na oddział. Tereska urodziła się 14 lutego o godz. 23.25 jako owoc miłości mojej, mojego męża i Boga Ojca.

Chrzest Tereski

Dzień po porodzie pani doktor poinformowała nas, najdelikatniej jak umiała, że nie mogą znaleźć żył wrotnych. Diagnoza była straszna, jednak kiedy ją usłyszałam, po prostu nie uwierzyłam. Wiedziałam, że w Święto Niepokalanego Poczęcia NMP wydarzył się cud i że ta łaska nie znikła. Z natchnienia kilku osób postanowiliśmy w szpitalu ochrzcić Tereskę, wierząc że Sakrament ma moc uzdrowienia i może pomóc naszej córeczce.

Pomimo reżimu sanitarnego związanego z covid 19 udało się załatwić, żeby w czasie Chrztu był Kapłan, ja i mój drogi mąż. Teresa Łucja została ochrzczona 16 lutego, ku naszemu zaskoczeniu szpital przynależał do parafii Niepokalanego Poczęcia NMP (wezwanie Maryi wspominane 8 grudnia, kiedy to lekarz zobaczył żyły wrotne u Tereni). To było jedno z najpiękniejszych doświadczeń duchowych w moim życiu. Taki prawdziwy Boży Chrzest, pozbawiony całego ziemskiego zadęcia, obiadów, strojenia się, myślenia o wszystkim, tylko nie o tym, że właśnie dzieje się najważniejsza chwila w życiu mojego dziecka. Jedynie Sakrament. Bez całej światowej otoczki. Dziękuję Bogu za to, że wtedy ochrzciliśmy Tereskę.

Następnego dnia ta sama pani doktor z szeroko otwartymi oczami trzy razy powtórzyła, że żyły wrotne są widoczne. Niestety dzień wcześniej lekko prześmiewczo potraktowała informację o planowanym Chrzcie, który miałby wpłynąć korzystnie na wynik badania.

Ponieważ nasza kruszynka miała trochę problemów adaptacyjnych, jeszcze przez cały miesiąc musiała pozostać na oddziale. Gdy po tygodniu wypisano mnie do domu, zachorowałam na covid i trochę jeszcze musiałam przecierpieć, nie mogąc odwiedzać Tereski, ale we wszystkim widziałam Bożą łaskę. Potem czekały nas jeszcze dwa trudne pobyty w szpitalu, bo lekarze wciąż szukali skutków obecności dziwnych naczyń krwionośnych u Tereski. Zdecydowali, że będzie wykonana tomografia komputerowa jamy brzusznej i klatki piersiowej. Wiedzieliśmy, że do tego badania Tereska będzie musiała mieć podaną narkozę. W dniu badania tomograf się zepsuł, więc wyznaczono nam kolejny termin pobytu w szpitalu i przeprowadzenia badania. Data: 13 maja – Matki Boskiej Fatimskiej…

Badanie z tego dnia jednoznacznie wykazało, że żyły są i mieszczą się w granicach normy. Tereska kończy teraz 4 miesiące i funkcjonuje zupełnie normalnie. Nie wymaga żadnego leczenia.

Tutaj chciałabym wrócić do samego początku, do chwili poczęcia się Tereski. Moment ten był wspaniałym doświadczeniem duchowym, które sprawiło, że natychmiast wiedziałam, że poczęło się dziecko. Piszę o tym, aby ukazać jak niezwykłe są plany Boże wobec człowieka. Piękny akt miłości małżeńskiej, który jest początkiem życia ludzkiego, został przez świat zupełnie zdeptany. Widocznie szatan w swojej nienawiści do człowieka chciał całkowicie zniszczyć ten moment i sprawić, by chwila poczęcia się nowego życia, stała się w naszym przekonaniu czymś złym, nieczystym, czymś pozbawionym Bożej obecności. Wykluczając Boga jako Tego, który daje życie i chroni je.

Historia Tereski pokazuje jak bardzo ludzkie życie jest drogie Bogu i jak wielka walka toczy się o każdego z nas. Gdyby nie nasza wiara, to być może Tereska stałaby się ofiarą aborcji. Wierzcie mi, że stan psychiczny kobiety po otrzymaniu takiej diagnozy jest zupełnie niestabilny, że gdyby nie ogromne wsparcie mojego drogiego męża i ludzi mi bliskich ta historia mogłaby się skończyć zupełnie inaczej. Wolę nie myśleć jak.

Wiele jeszcze niezwykłych sytuacji miało miejsce w tym czasie, jednak nie jestem w stanie tutaj opisać wszystkiego. Mamy przeogromną wdzięczność w sercu do każdego, kto choćby westchnął w naszej intencji. Wiemy, że każda Msza święta i każdy koralik Różańca, każde westchnienie było usłyszane i wysłuchane przez Boga.

Zapewne wielu świętych zostało poruszonych w naszej sprawie, jednak jako mama Tereski odczuwałam ogromną i szczególną obecność Służebnicy Bożej Matki Anny Kaworek. Drogie Siostry Michalitki w wielu miejscach prosiły przez jej wstawiennictwo za nami każdego dnia, a szczególnie odmawiając nowennę do Matki Anny, po której zakończeniu dostaliśmy pierwsze dobre wieści o stanie zdrowia córeczki. My także w tym czasie całą rodziną prosiliśmy ją o pomoc, a samo spojrzenie na jej wizerunek przynosiło mi nadzieję i pokój serca.

Uwielbiam też Boga w bł. Bronisławie Markiewiczu, służebnicy bożej Chiarze Corbelli, Św. Gerardzie, Św. O. Pio, Św. Charbelu, Św. Joannie Beretta Molli, O. Peterze Mary Rookey i we wszystkich świętych wstawiennikach, których Wy wzywaliście. Nade wszystko oddajemy chwałę Bogu w Maryi, która ani na sekundę nas nie opuściła i namacalnie dawała nam znać o swojej obecności.

Dziękujemy Bogu za wszystkich, którzy nie tylko modlitwą, ale i dobrym słowem, troską, a także fachową pomocą lekarską wspierali nas w tym przedziwnym czasie.

Pozostaje tylko zawołać z Maryją:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest Jego imię –
a swoje miłosierdzie na pokolenia i z pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją.
On przejawia moc ramienia swego,
rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych.
Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.

Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom –
na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.
Chwała Ojcu i Synowi o Duchowi Świętemu
Jak była na początku teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen

Zuzanna Kaczmarska

Czy wiesz, ze grozi nam zniknięcie z mediów społecznościowych? 

Zapisz się do naszego newslettera, aby otrzymywac informację o najważniejszych wydarzeniach na froncie walki z aborcją i deprawacją!

     

    Także mogą Cię zainteresować:

    Wesprzyj naszą działalność:

    . PLN