Skąd dowiedziała się Pani o Fundacji?
Dowiedziałam się o Fundacji zupełnie przypadkiem. Przechodziłam obok pomnika i zobaczyłam niewielką grupę ludzi modlących się na różańcu. Były tam także banery przedstawiające abortowane dzieci. Zatrzymałam się, bo chciałam zobaczyć, co to jest. Ktoś bardzo życzliwie, dosłownie miłym gestem ręki, zaproponował mi, żebym dołączyła do modlitwy. Zostałam.
Na początku w ogóle nie miałam świadomości, że to jakaś fundacja. Widziałam po prostu grupę osób, część miejscowych, część przyjezdnych. Wtedy przyjeżdżała jeszcze Ania z Wrocławia. To byli ludzie, którzy modlili się w intencji przebłagalnej za grzech aborcji. Poczułam w sercu, że nie mogę przejść obok tego obojętnie. Że jest to jakaś potrzeba i obowiązek, modlitwy i obrony dzieci.
Czy pamięta Pani swoje pierwsze spotkania i początki zaangażowania?
Tak. Na początku przychodziłam raczej nieregularnie, wydaje mi się, że były to różańce raz w miesiącu, w soboty albo w określone dni. Czas tak szybko leci, że dziś trudno mi dokładnie powiedzieć, czy to było dwa lata temu, czy więcej.
W pewnym momencie Ania wzięła ode mnie numer telefonu, żeby informować mnie o kolejnych spotkaniach. Z czasem poznałam Was, Nadal jednak myślałam o tym bardziej jako o grupie ludzi niż o konkretnej organizacji. Dopiero później dowiedziałam się, że stoi za tym Fundacja Pro – Prawo do życia.
Pojawiły się nie tylko różańce, ale też pikiety. Jak tylko mogłam, zaczęłam brać w nich udział. Były spotkania z przedstawicielami Fundacji przyjeżdżała pani Kasia, pan Janek z furgonem, był też pan Mariusz Dzierżawski. W którymś momencie odbyło się szkolenie z Anią, które pozwoliło mi lepiej zrozumieć, jak działa Fundacja i jaki jest sens tych działań.
Półtora roku temu pojechaliśmy także na duży protest do Warszawy, to było bardzo poruszające doświadczenie, pokazujące skalę problemu i potrzebę wyraźnego sprzeciwu wobec tego, co dzieje się z ochroną życia nienarodzonych.
Na początku miała Pani wątpliwości wobec drastycznych banerów. Co się w Pani zmieniło?
Tak, to prawda, miałam ogromny wewnętrzny dylemat. Jestem osobą o bardzo franciszkańskiej duchowości. Bliski jest mi św. Franciszek z Asyżu, który uczył, że najlepiej ewangelizować życiem, miłością, modlitwą, a słowa zostawiać na sam koniec. I patrząc na te banery, trudno powiedzieć, że one nie są okrutne, bo są. One pokazują okrutną prawdę.
Zadawałam sobie pytanie, czy nie wystarczyłaby sama modlitwa, cisza, pokora. Czy naprawdę trzeba aż tak drastycznych obrazów. Czułam duży dyskomfort.
Z czasem jednak zaczęłam rozumieć argumenty ludzi z Fundacji — Marty, pana Mariusza i innych. Żyjemy w świecie ogromnego zakłamania. Aborcja jest przedstawiana jako coś neutralnego, wręcz banalnego. Wmawia się ludziom, że „to nic takiego”, że to „prawo kobiety”, że „to jeszcze nie jest dziecko”. I bardzo wiele osób w to po prostu wierzy, bo nigdy nie zobaczyli prawdy.
Te obrazy nie stają się z czasem mniej okrutne, one zawsze takie będą. Ale zrozumiałam, że są jednym z niewielu narzędzi, które jeszcze do części ludzi docierają. Zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszy im modlitwa, spokój i gotowość do pomocy.
Wspomniała Pani o bardzo osobistym doświadczeniu sprzed lat. Czy może Pani powiedzieć, dlaczego to świadectwo jest dla Pani tak ważne?
To doświadczenie noszę w sobie od ponad czterdziestu lat. Bliska mi osoba — niemal rówieśniczka — powiedziała mi, że idzie na aborcję. W tamtym czasie nie było wiedzy, nie było USG, mówiono, że „do dwunastego tygodnia to jeszcze nie dziecko”. Próbowałam prosić, tłumaczyć, ale byłam słabsza, zagubiona, ogłupiona tym, co mówiono wokół.
Ona poszła. Po zabiegu płakała, ale tłumaczyła to narkozą. Całe jej życie zostało zniszczone, nie mogła mieć dzieci, rozpadło się małżeństwo, mimo że miłość między nimi trwała. Do dziś wiem, że oddałaby wszystko, karierę, pieniądze, za jedno dziecko, za wnuka.
To doświadczenie sprawiło, że rozumiem, jak bardzo ludzie mogą być oszukani. Jak bardzo można nie wiedzieć, czym naprawdę jest aborcja. I dlatego dziś uważam, że pokazanie prawdy, choć bolesnej może uratować czyjeś życie. Może sprawić, że ktoś zatrzyma się w ostatnim momencie.
Co powiedziałaby Pani osobom, które czują potrzebę obrony życia, ale się boją?
Powiedziałabym, że strach jest naturalny. Ale jeśli człowiek ma świadomość, czym jest aborcja, to nie ma wyjścia nie można udawać, że problem nie istnieje. Każdy może zrobić coś na miarę swoich możliwości: modlić się, rozmawiać, wspierać, dawać świadectwo.
Nie wszyscy muszą stać na ulicy. Ale milczenie sprawia, że zło staje się coraz głośniejsze. Jeśli my nie będziemy mówić prawdy, inni będą nadal kłamać.
Trzeba robić swoje. Modlić się także o nawrócenie tych, którzy dziś krzyczą, szydzą i atakują. Bo bardzo często pod tym krzykiem kryje się ogromny ból. I wierzę, że nawet jeśli dziś ktoś reaguje agresją, to ten obraz, ta prawda, może kiedyś wrócić nawet w ostatniej chwili życia.