Lekarz naciskał na aborcję – historia Ani

Lekarz naciskał na aborcję – historia Ani

Miałam 21 lat, gdy w pierwszy dzień wiosny dowiedziałam się, że jestem mamą. Tatuś Marysieńki też bardzo się cieszył. Przed trzynastym tygodniem ciąży lekarz ginekolog stwierdził, że coś jest nie tak z dzieckiem i są jakieś wady. Dostaliśmy skierowanie na badania rozszerzone do genetyka. I wtedy zaczęła się walka o moje maleństwo. Po wizycie u genetyka wróciliśmy z opinią do naszego ginekologa, który gorąco wymuszał na nas aborcję.... Jak stwierdził: jakby dziecko nie miało paluszka, to wiadomo, nie zostanie pianistą, ale Wy będziecie mieć kukłę na wózku...

Ryczałam po tym, gdy chamskim tonem rzucił to zdanie w gabinecie, jak gdyby nic.

Nie chciałam się poddać, chociaż mój partner był nasiąknięty tym, co powiedział bydlak w białym kitlu. Pojechaliśmy więc na jeszcze jedne badania do Warszawy, do szpitala Bielańskiego. I tak, w 100% potwierdziło się, że Marysia będzie bardzo chorym dzieckiem… Największą głupotą było to, że po badaniu skierowano nas do zakładu genetyki w Warszawie, na zgodę na zabieg aborcji.

Jak to mówili: „Gdybyście się jednak namyślili, bo to by była najlepsza opcja. Jesteś młoda, jeszcze nieraz urodzisz, ale zdrowe”. Pamiętam też, że zaczynałam ulegać wszystkim, co do zabiegu. Nawet stawiłam się na oddziale, lecz jedna rozmowa obudziła mnie z letargu, w jakim trwałam. Podczas rozmowy dowiedziałam się, że mogę po zabiegu stracić macicę… Wypisałam się na własne żądanie następnego ranka. I powiedziałam wszystkim najbliższym, że to moje ciało, że to maleństwo kocham ponad wszystko i nie pozwolę, by ktoś mi je zabił tylko dlatego, że jest postrzegane jako chwast….

Mało kto rozumiał moją decyzję, ale byłam uparta. Cały czas miałam nadzieję że Marysia będzie zdrowa. Kiedy siedzieliśmy razem z partnerem i mówiłam, że to on jako tatuś będzie musiał nauczyć nasze maleństwo jazdy na rowerze, jemu pękało serce, bo po wszystkich opiniach wiedział, że to będzie niemożliwe. Donosiłam ciążę, jak długo mogłam. Marysia urodziła się przez cięcie cesarskie w 34 tygodniu ciąży. Żyła tylko 20 minut. Próbowano ją oczywiście ratować, ale gdy zaczęła odchodzić, przynieśli mi ją na blok operacyjny. I taka mała iskierka szczęścia w moim sercu zagościła, bo poczułam jej ciepło, jej ciężar, pomimo tego że strasznie mało ważyła.

Ale co najważniejsze, zobaczyłam jej przepiękną twarzyczkę. Mogłam ją pogłaskać, przytulić. Zobaczyłam ten mój mały cud na własne oczy. Powiedziałam do mojej córeczki, że jeśli ma siłę i chce żyć, to żeby walczyła, ale jeśli jest zmęczona, może spokojnie pójść do nieba. Ja nie będę zła, jeśli tak wybierze.

Umarła mi na rękach, na bloku operacyjnym. Pochowaliśmy ją, ale ja mimo tylko tych 20 minut czuję się jak najprawdziwsza mama. Bo z miłości do niej postawiłam na swoim. Dałam jej szansę. Nie dałam jej zabić. Ogromnie się cieszę, że mogłam ją poznać. 6 października pójdę na pierwsze urodzinki mojej Marysi na cmentarz.

Ania

Popierasz to co robimy?

Wesprzyj nasze akcje

Także mogą Cię zainteresować: