Scena z zeszłego tygodnia, z realu, terapia dla par. Terapeutka pyta męża: „Kiedy jest pan spokojny?”. On odpowiada: „Gdy jestem sam z dziećmi”. Żona kiedy jest spokojna? Gdy robi karierę i realizuje się.
Te, wydawać by się mogło, niepasujące do siebie sytuacje pokazują zmianę, jaka zaszła w głowach ludzi w ciągu ostatniego półwiecza. Kiedyś pożądane było robić to, co słuszne, to, co do nas należy. Jeśli ktoś odpływał myślami i pragnieniami od swoich powinności, zawsze znalazł się ktoś, kto powiedział mu: „Weź się w garść!”. Dziś osobą wspierającą nazywamy kogoś, kto nam przytakuje, szuka naszego komfortu psychicznego czy fizycznego. Pierwsza zasada psychologów, którzy mają „podążać za pacjentem”, a nie szukać dobra jego i jego rodziny, sprawiła, że niższe władze człowieka, jakimi są emocje, wyobraźnia i pożądliwości, stanęły na pierwszym miejscu.
Człowiek ma za zadanie kształtować intelekt tak, by poznawał prawdę i dobro, a następnie używać woli, by za poznaną prawdą i dobrem podążały. W tym procesie niższe władze człowieka często się buntują. Chciałoby się codziennie zasypywać dzieci słodyczami, by było nam miło patrzeć na ich zadowolenie. Rozum jednak podpowiada nam, że nie jest to dobre. Zamiast uczucia zadowolenia przychodzi trudność, gdy trzeba stawać w kontrze do dzieci.
Chciałoby się wyjść do biura i z gorącą kawą w ręku rozmawiać o dorosłych sprawach, a tu trzeba zmieniać piątą może pieluchę, patrząc, jak starsze dzieci rozsypują właśnie wszystkie koraliki na podłogę. Jeżeli szybko nie złapiemy takich myśli i nie zaczniemy na pasku trudu naszego życia przesuwać kursora od „muszę” do „chcę”, to z czasem w naszej wyobraźni trud zacznie być utożsamiany ze złem, a komfort z dobrem. Inne czynniki, takie jak brak stałego powracania do tego, co jest moją prawdziwą misją i gdzie leży dobro, a często brak inicjatywy w organizowaniu sobie odpoczynku, mogą deprawację człowieka przyspieszyć.
Wówczas, gdy jest się już myślami daleko od rodziny, gdy na swoje dzieci patrzy się wyłącznie jak na robotę do zrobienia, gdy znajdzie się ktoś lub coś, gdzie pozytywne emocje są rozdmuchiwane, wówczas opuszczenie rodziny staje się kwestią czasu.
Taką właśnie sytuację obserwujemy dziś coraz częściej. Matki trojga, czworga, pięciorga dzieci opuszczają rodziny, by oddać się karierze, samorozwojowi. Zdążyły już okłamać się na tyle, by uwierzyć, że tam będzie lepiej. Nie myślą o grzechu ciężkim, jakim jest porzucenie rodziny i obowiązków stanu, nie myślą o dzieciach, które, porzucone przez matkę, osobę, która miała je kochać najbardziej w świecie, mogą już nigdy nie być zdolne, by uwierzyć w miłość i założyć własne rodziny. Co więcej, mogą zacząć matkę nienawidzić. Wówczas ta, co chciała uwolnić się trudu, który nazwała złem, kończy swe życie sama w jakimś DPS-ie, może latami czekając, aż obcy człowiek ją umyje, obcy nakarmi, a nikt nie odwiedzi.
Kiedyś ogromny szacunek dla matek wiązał się z tym, że wiedziano, iż to ona, kształtując dzieci, kształtuje świat. Dziś rzadko kto odważy się przypomnieć to kobietom. Nie ma jednak większej satysfakcji na tej ziemi niż patrzenie na dobrze wychowane dzieci. Ukształtowanych ludzi, którzy szerzą dobro, mądrość, siłę i ciepło. Odwaga do podjęcia takiej misji i wierność pomimo trudów kształtują również samą kobietę na osobę spełnioną, otoczoną miłością.
„Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi”.