Aborcji bez przerwy dokonuje się na potrzeby biznesu farmaceutycznego

„Moje oczy były skupione na lekarzu… który rozpoczął >>sporządzanie inwentarza części<<… części ciała… NIE! SZCZĄTKÓW NIEMOWLĘCIA!… Widziałam jedną idealną małą nóżkę… wyrwaną przy biodrze… następnie kolejny kawałek… jedna idealna mała rączka… wyrwana przy ramieniu… i następna… Słów mi brakuje… prawie zemdlałam, gdy zobaczyłam następny >>szczątek<<! Cały kręgosłup… wszystkie kręgi były nienaruszone wraz z rdzeniem kręgowym. Wyglądało to tak jak zwisające nerwy z obu stron… żadnej skóry… tylko zakrwawione kawałki wyrwane z pleców tego biednego dziecka! >>Dobrze<< – powiedział doktor w wielką ulgą. >>Mam tu wszystko z wyjątkiem głowy i tułowia<<.”

To fragment świadectwa pracownicy tzw. „kliniki aborcyjnej” z USA, która opisuje proces inwentaryzacji części ciała dziecka, zamordowanego przed chwilą poprzez aborcję. Poszczególne części ciała ofiary liczy się i kataloguje, żeby zarobić na handlu tymi maleńkimi organami, które masowo sprzedawane są koncernom farmaceutycznym i służą do eksperymentów medycznych, badań nad lekami, kosmetykami oraz innymi produktami.

O szczegółach tego makabrycznego procederu stało się głośno w 2015 roku, kiedy to na światło dzienne wyszły na jaw powiązania Planned Parenthood, największego koncernu aborcyjnego na świecie (tylko w latach 2019-2020 wykonał 354 871 aborcji), z firmami branży farmaceutycznej i laboratoriami naukowymi.

„Lista zakupów spożywczych” – do tego porównuje zamówienie na organy abortowanych dzieci była pracownica StemExpress, firmy pozyskującej komórki i organy do celów eksperymentów medycznych, która współpracowała z Planned Parenthood. Taka lista była okazywana pracownikom placówki aborcyjnej Planned Parenthood i wskazywała zawsze, ile i jakich „okazów” dany badacz potrzebował na dany tydzień i dzień. Kiedy potrzebował np. wątroby 15-tygodniowego dziecka, kierownictwo kliniki przedstawiało listę umówionych tego dnia na aborcję kobiet, by można było zaznaczyć te, których dzieci najlepiej spełniają wskazane kryteria.

– „Co uszczęśliwiłoby Twoje laboratorium?” – zapytano[1] w obecności ukrytej kamery prezes firmy StemExpress Cate Dyer.
– „Kolejne 50 wątrób tygodniowo” – odpowiedziała szefowa przedsiębiorstwa. Chodzi oczywiście o wątroby wycięte dzieciom poddanym aborcji.

W zależności od tego, jakie organy są aktualnie potrzebne do eksperymentów medycznych, trzeba zamordować poprzez aborcję dziecko w konkretnym wieku i w określony sposób. Stosuje się do tego trzy metody:

Aborcja za pomocą maszyny ssącej.

Dokonywana jest najczęściej we wczesnych etapach ciąży, kiedy dziecko jest jeszcze małe. Do szyjki macicy wprowadza się maszynę ssącą, która ma moc 10-20 razy większą niż domowy odkurzacz. Za jej pomocą dziecko wysysane jest z łona matki. Proceder ten opisuje nawrócona aborcjonistka, która kiedyś asystowała przy tego typu praktykach:

„Kiedy doktor włączył maszynę ssącą usłyszałam przerażające dźwięki… siorbanie, przełykanie… wysoki ton… wyglądało to tak, jakby wąż odkurzacza zadławił się czymś! To było okropne i przerażające”.

Następnie zadaniem kobiety było opróżnianie maszyny z tego, co do niej trafiało – z maleńkich nóżek, rączek, czy całych kręgosłupów. Każdego dnia w jej ośrodku śmierci przeprowadzano ok. 50 takich aborcji.

Aborcja przez rozczłonkowanie

Dziecko w drugim trymestrze ciąży nie zmieści się do maszyny ssącej. Dlatego do aborcji używa się specjalnych stalowych kleszczy. Aborter używa ich, aby chwycić rękę lub nogę dziecka, po czym ciągnie mocno, aby je wyrwać. Jedna po drugiej kończyny dziecka są wyrywane, razem z jelitami, kręgosłupem, sercem i płucami. Z reguły najtrudniejszą częścią procedury jest wyciągnięcie główki dziecka.

– „Jaką różnicę wam to robi jeśli wiecie, czego oczekujemy lub czego potrzebujemy?” – zapytano[2] jedną z dyrektorek Planned Parenthood Deborah Nucatola w kontekście możliwości dostawy organów abortowanych dzieci na potrzeby eksperymentów medycznych.
– „To robi ogromną różnicę. Powiedziałabym, że wiele osób [badaczy] potrzebuje wątroby. Z tego powodu w większości przypadków aborcja zostanie wykonana pod kontrolą USG – aby widzieć, gdzie umieszcza się kleszcze” – odpowiedziała dyrektor Planned Parenthood. Dodała również, że:
– „Jesteśmy bardzo dobrzy w wydobywaniu serc, płuc i wątrób, ponieważ wiemy, że te organy są akurat potrzebne i nie miażdżymy ich. Zmiażdżymy dziecko na dole, zmiażdżymy na górze, i zobaczymy czy ten konkretny organ uda się wydobyć nienaruszony” – odpowiada Nucatola.

Zarówno dla „klinik aborcyjnych” jak i firm medycznych problematyczne w obu tych metodach aborcji jest to, że części ciała dziecka mogą zostać uszkodzone w ich trakcie. Takie organy trudniej potem sprzedać. Dlatego z punktu widzenia badaczy, laboratoriów i koncernów farmaceutycznych najbardziej pożądana jest trzecia metoda aborcji.

Aborcja przez sztuczne wywołanie porodu

Taką aborcję przeprowadza się przez sztuczne poronienie, tzn. nie zabija się dziecka w macicy, ale doprowadza do przedwczesnego porodu. Dziecko, które rodzi się w ten sposób przed 24. tygodniem ciąży, ma niedojrzałe płuca i z tego powodu odczuwa duszność, tak długo jak jeszcze żyje, np. kilka godzin. Duszność jest znacznie trudniejsza do wytrzymania niż ból. W ten sposób torturuje się jeńców wojennych w celu uzyskania zeznań (podtapianie). Prawdopodobnie tak właśnie torturowany był ks. Jerzy Popiełuszko. Człowiek, który sam tego nie doświadczył, nie może sobie wyobrazić cierpienia sztucznie poronionego dziecka, które próbuje samo oddychać i się dusi. Jednak aborcjoniści skazują takie dzieci na jeszcze większe tortury.

Dyrektor firmy StemExpress zeznawała przed sądem w USA i oficjalnie przyznała[3], że jej przedsiębiorstwo zaopatrywało naukowców w bijące serca dzieci mordowanych w procedurze aborcji oraz nietknięte głowy dzieci do przeprowadzania na nich eksperymentów naukowych.

Powiedziała także, że główka dziecka może zostać pozyskana przyłączona do ciała dziecka lub „może zostać oderwana”. Wyznała też, że istnieje wielkie zapotrzebowanie na „świeże tkanki płodów” oraz że „szalenie delikatne” neurony tkanki mózgowej sprzedają się najlepiej z „całej mózgoczaszki”.

W jaki sposób firma mogła pozyskiwać takie „nietknięte” części ciał dzieci?

Jeżeli dostarczano nietkniętą głowę, nienaruszone ciało i nienaruszone kończyny, to znaczy, że dzieci rodziły się żywe i dopiero potem wycinano im organy. Takie dzieci są wyrywane z łona matki, a następnie natychmiast rozcinane, jeśli to możliwe, z bijącym sercem, aby próbka była świeża. Narządy dziecka są następnie zabierane do laboratorium.

– „Jakie organy wczoraj pozyskaliście” – zapytano[4] dyrektorkę Planned Parenthood Deborah Nutacola.
– „Zapytałam na początku dnia, co było potrzebne, wczoraj pytała mnie o nienaruszone serca, wiele osób teraz o nie pyta (…) Wczoraj był też pierwszy raz jak usłyszałam, że potrzebne są płuca. A potem, jak już wspominałam, tak wiele wątrób jak to tylko możliwe” – powiedziała Nutacola, rozmawiając z potencjalnym nabywcą organów abortowanych dzieci.

Planned Parenthood ma ponad 600 ośrodków aborcyjnych na terenie USA, w których morduje się setki tysięcy dzieci. W ostatnich latach średnio 480 dzieci każdego dnia (!) jest w nich brutalnie mordowanych poprzez aborcję.

Jak wynika z informacji wypowiedzianych przez pracowników Planned Parenthood, ceny organów abortowanych dzieci wahają się od kilkudziesięciu do nawet kilkuset dolarów za organ. Wiele zależy od jego jakości i świeżości. Abby Johnson, była dyrektor jednej z placówek Planned Parenthood szacuje, że ośrodek aborcyjny mógł zarabiać nawet 120 tys. dolarów miesięcznie na handlu organami zamordowanych dzieci.