Czego się boję, czyli odpowiedź Błażejowi Kmieciakowi

Czego się boję, czyli odpowiedź Błażejowi Kmieciakowi

Z kilkumiesięcznym opóźnieniem przeczytałem tekst Błażeja Kmieciaka opublikowany przez Więź 26 listopada 2019 r., zatytułowany „Czego się w sobie nawzajem boicie?”. Tekst dotyczy debaty publicznej na temat aborcji. Temat jest aktualny, więc postanowiłem napisać kilka słów w odpowiedzi.

Na początek odniosę się do tytułowego pytania pana Błażeja o lęki.  

Pozwolę sobie na dwa słowa o moich lękach. To, czego boję się najbardziej, to chęć zapewnienia sobie komfortu i budowy relacji z możnymi tego świata. Oczywiście płaci się za to zdradą najsłabszych, którzy niczym materialnym odpłacić nie mogą. W szerszej perspektywie boję się, że Polska podąży drogą Zachodu, gdzie dialog i empatia kwitnie, a bezbronnych morduje setkami tysięcy. 

Powiem też, czego mogą się obawiać osoby biorące udział w pikietach, podczas których prezentowane są zdjęcia ofiar aborcji.  

Po pierwsze ataków fizycznych. Wielokrotnie nasi wolontariusze byli obiektami bandyckich napaści, z których kilka skończyło się sądowymi wyrokami. Praktycznie na każdej pikiecie, a robimy ich ponad tysiąc rocznie, moje koleżanki i koledzy są obiektami agresji słownej. Do najczęstszych form agresji wobec kobiet należą życzenia gwałtu. 

Po drugie, możemy się spodziewać prześladowań policyjnych. Wiele z naszych legalnych manifestacji kończy się składaniem donosów przez zwolenników aborcji, a policja z niewiadomych powodów taśmowo wysyła do sądów wnioski o ukaranie. Nie wiem czy p. Błażej uczestniczył kiedyś w przesłuchaniu w charakterze podejrzanego, ale jako człowiek, który przeżył ponad 20 takich sytuacji zapewniam, że nie jest to nic przyjemnego. Wprawdzie prawie wszystkie sprawy przeciw nam kończą się uniewinnieniami lub umorzeniami postępowania ze względu na brak znamion czynu zabronionego, ale nawet sukcesy sporo nas kosztują emocjonalnie, że o kosztach materialnych nie wspomnę. Dla porządku dodam, że wygraliśmy do tej pory 111 spraw sądowych, a 33 kolejne są w toku. 

Opluwanie w mediach „głównego nurtu” i w Internecie jest przy tym drobiazgiem, na który na ogół nie zwracamy uwagi. Wśród naszych wolontariuszy jest wielu studentów i ludzi wolnych zawodów, nie ma jednak pracowników naukowych. Atmosfera na wielu uczelniach skłania do wniosku, że angażowanie się po niesłusznej stronie sporu ideologiczne może skończyć się załamaniem kariery naukowej.  

Chciałbym podkreślić, że znamy się z panem Błażejem od kilku lat, a nasze relacje można określić jako życzliwe. Mam nadzieję, że umożliwiło mi to zrozumienie tez autora. Chciałbym te tezy przedstawić, a później krótko się do nich odnieść.  

1.     Jedna i druga strona sporu ma swoje racje. Dojść wręcz możemy do wniosku, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy przerywania ciąży stworzyli ze swojej aktywności swoistą „religię”: są męczennicy sprawy, są niepodważalne dogmaty, są też „święte” miejsca i świadectwa cennych postaci, będące gotowym narzędziem do „nawracania”. To cytat z Rocco Buttiglione, ale wydaje się, że p. Błażej podziela tę ocenę. 

2.     Fundamentalna zmiana w bohaterce filmu „Nieplanowane” następuje, gdy oponenci porzucają ostry język antyaborcyjnych obrazów i słów.  

3.     Sekret przekonywania leży w łagodności, w spotkaniu z drugim człowiekiem, który jest inny – także ideologicznie inny – ale w sumie jest dokładnie takim samym człowiekiem, jest taki sam jak ty i ja. 

Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na problemy związane z życzliwym traktowaniem ludzi uważających zabijanie innych ludzi za dopuszczalne. Wbrew pozorom nie zawsze jest to trudne, a czasami wydaje się naturalne. W szczególności dotyczy to sytuacji, kiedy pogląd ten jest powszechny, a ofiary trudne do dostrzeżenia. Łatwo nam wtedy zapomnieć o ofiarach, a koncentrować się na rozmówcach. Taką sytuację mieliśmy w czasach PRL, kiedy aborcja była banalnym „zabiegiem” i nie toczyła się żadna nieprzyjemna dyskusja. Taką sytuację mamy obecnie w krajach Zachodniej Europy, gdzie liczba aborcji rocznie sięga miliona, a próba podjęcia dyskusji kończy się na ogół problemami dla tego, który ośmiela się aborcję kwestionować. Oczywiste jest, że każda ze stron sporu ma swoje racje. Istotne pytanie brzmi czy są to racje uprawnione. Ludożercy też mają swoje racje. 

Teza druga dotyczy przyczyn fundamentalnej zmiany bohaterki. Nie oglądałem filmu „Nieplanowane”, ale uważnie przeczytałem książkę, która była podstawą scenariusza. Tym, co zmieniło wewnętrzne nastawienie bohaterki było uczestnictwo w aborcji i obserwacja jej przebiegu na monitorze. Ona sama tak o tym pisze: Nie miałam nawet pojęcia, że kolejnych dziesięć minut to będzie wstrząs, który zupełnie odmieni moje życie. Życzliwość ze strony działaczy pro-life ułatwiła Abby Johnson podjęcie decyzji o porzuceniu pracy w abortowni, ale jej nastawienie wewnętrzne zmieniło się pod wpływem obejrzenia wstrząsających obrazów. 

Teza trzecia jest uogólnieniem tezy drugiej. Przypadek Abby Johnson nie jest jedynym, który przeczy tej tezie. Bernard Nathanson, który osobiście przeprowadził kilkadziesiąt tysięcy aborcji i stał na czele kampanii na rzecz legalizacji aborcji, przeżył wstrząs się oglądając aborcję na aparacie USG. Dr Anthony Levatino, występujący w filmie „Nieplanowane” wykonał ponad 1000 aborcji, a zmienił stosunek do tego „zabiegu” wskutek wstrząsu wywołanego śmiercią córki w wypadku samochodowym. Obaj panowie poświęcili się później pokazywaniu wstrząsających skutków aborcji.  

Zasadnicze pytanie, na które powinniśmy sobie odpowiedzieć brzmi: czy w każdym sporze, który prowadzimy najważniejsza jest empatia i zrozumienie adwersarza. Wydaje mi się, że Błażej Kmieciak swoim tekstem udziela odpowiedzi twierdzącej. Moim zdaniem podejście takie sprawdza się w większości przypadków, jednak nie dotyczy wszystkich sytuacji. Nie wydaje się, żeby empatia wobec ludożerców była właściwą postawą. Podobnie jak nie była nią empatia wobec hitlerowców. 

Być może Błażej Kmieciak będzie kwestionował porównanie aborcjonistów do ludożerców i hitlerowców. Postaram się wskazać argumenty, które czynią to porównanie uprawionym. Hitlerowcy i ludożercy, podobnie jak aborcjoniści, traktują swoje ofiary nie-ludzko. To właśnie ze względu na empatię wobec ofiar nie powinniśmy okazywać empatii katom. 

Wracając więc do odpowiedzi na pytanie, czego się boimy, pragnę przypomnieć, czego bać się powinniśmy: wyzbycia się odwagi, zdrady najsłabszych, postawienia na własny komfort i pozwolenia na to, żeby bezbronne dzieci były w Polsce mordowane już nie tysiącami, ale setkami tysięcy. 

Także mogą Cię zainteresować:

Popierasz to co robimy?

Wesprzyj nasze akcje