Aborcyjna mentalnosć w polskich szpitalach

Aby zamordować dziecko w Polsce wystarczyło jedynie podejrzenie choroby.

Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 roku aborcja eugeniczna w Polsce jest nielegalna. Do tego czasu, w Polsce ofiarami aborcji szpitalnych w ogromnej większości (ponad 90%) padały dzieci podejrzane o chorobę lub niepełnosprawność, w szczególności zespół Downa. Jak już napisaliśmy, ogromna rzesza lekarzy, w tym kierowników uczelni medycznych i klinik ginekologicznych, publicznie oznajmiła, że nie zgadza się z orzeczeniem TK. Można się obawiać, że wielu z nich nadal będzie wykonywać aborcje na polskich dzieciach. Poniższy rozdział opisuje, jak wygląda mentalność tego środowiska.

Aby zabić dziecko, lekarzowi-aborcjoniście wystarczyło jedynie podejrzenie choroby. Nikt nie badał trafności postawionej przez niego „diagnozy”. [16 ]

Lekarzowi-aborcjoniście wystarczy kilka chwil, aby skazać dziecko na śmierć. Przekonała się o tym oczekująca bliźniaków pani Małgorzata, u której stwierdzono „komplikacje” w trakcie ciąży [17]:

Kiedy lekarz mnie zobaczył, powiedział tylko, że to jest „masakra” i trzeba jak najszybciej usunąć ciążę. Stwierdził, że jeśli bliźnięta cudem się urodzą, to będą obciążone wszystkimi możliwymi wadami genetycznymi.

Tego typu „diagnozy” kobiety słyszą w szpitalach w całej Polsce. To powszechne zjawisko. Wszędzie wygląda to podobnie jak u pani Małgorzaty:

Wizyty u lekarza były bardzo trudne, niosły ogromną dawkę bólu (…) za każdym razem zaczynała się ta sama historia: usilne namawianie lekarza, abyśmy dokonali aborcji, że to jest jedyne słuszne rozwiązanie, że nie ma innego wyjścia.

Podejrzenie choroby to przesłanka do eliminacji człowieka. Być może urodzi się niedoskonały, a jego rodzice potencjalnie mogą mieć trudniej w życiu. Dlatego należy się go pozbyć. Tymczasem po porodzie pani Małgorzaty:

Kiedy chłopcy wyszli na świat, lekarz nie mógł uwierzyć, że są w tak dobrym stanie. Wiele jego diagnoz w ogóle się nie sprawdziło.

Chłopcy przeszli operacje i spędzili jakiś czas w szpitalu. Teraz ich rodzice cieszą się widokiem dwóch brykających urwisów, których wszędzie w domu jest pełno. A aborcjonista uparcie twierdził, że będzie „masakra” i domagał się ich śmierci.

Aborcja to sposób na uniknięcie odpowiedzialności. Dla ludzi przesiąkniętych aborcyjną i eugeniczną mentalnością lepiej jest zabić pacjenta niż podjąć się jego leczenia. Tak jest taniej, szybciej i łatwiej. Po co obejmować dziecko opieką i walczyć o jego życie, skoro można je legalnie i bezkarnie zabić?

Doświadczyła tego pani Iza, która napisała list do naszej Fundacji [18]:

Pani doktor, która robiła badanie, na pierwszy rzut oka wydawała się sympatyczna. Oglądała Maluszka w skupieniu, dopiero po badaniu przeszła do konkretów, czy wiemy, co jest z dzieckiem, że dziecko ma przepuklinę oponowo-rdzeniową, wodogłowie, zapewne będzie miało padaczkę, najprawdopodobniej ma niewykształcony móżdżek i po porodzie nie będzie w stanie samo oddychać i będziemy zmuszeni zdecydować o odłączeniu dziecka od respiratora. Mamy się szykować na pogrzeb… Słuchaliśmy tego z mężem, płacząc… i wtedy Pani doktor powiedziała, że jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji jest aborcja. Gdy powiedziałam, że nie biorę tego w ogóle pod uwagę, to stwierdziła, że skazuję dziecko na cierpienie.

Dziecko jest chore, więc należało objąć je opieką. Aborcjonistka nie chciała jednak o tym słyszeć – po co się męczyć, skoro można zrobić aborcję i od razu mieć „problem” z głowy. Na szczęście rodzice nie dali się namówić i na przekór „lekarzom” podjęli walkę o życie swojego dziecka:

Córka urodziła się o czasie. W pierwszej dobie życia przeszła plastykę przepukliny. 4 pierwsze miesiące były bardzo ciężkie (ciągłe pobyty w szpitalu, odstawienie leków na padaczkę, rezonans magnetyczny, EEG oraz założenie zastawki komorowo-otrzewnowej). Obecnie córka ma 16 miesięcy, dzięki intensywnej rehabilitacji, turnusom rehabilitacyjnym ostatnio zaczęła raczkować i sama siadać…

A aborcjonistka zdążyła już przygotować rodziców na pogrzeb dziewczynki.

Aborcyjnej mentalności uległa niestety pani Joanna z Sochaczewa, która nie zapomni tego do końca życia [19]:

Pani doktor powiedziała, że dziecko ma wadę letalną, nie ma czaszki i trzeba wywołać poród. Wywoływanie porodu, kiedy dziecko próbuje złapać tlen, a nie może, jest strasznym, okrutnym cierpieniem. Zafundowałam to własnemu dziecku. I nie zapomnę tego widoku, bo leżał taki biedny, taki skulony…

Lekarka dla niepoznaki nie nazwała późnej aborcji aborcją, tylko „wywołaniem porodu”. Chłopczyka położono w blaszanej misce, gdzie leżał przez dobę.

Chciałam go bardzo przytulić, zobaczyć, ale niestety pani doktor nie wyraziła na to zgody. I tak czekaliśmy sobie, aż umrze.

Następnie salowa wyniosła ciało chłopczyka w… pudełku po butach.

Aborcja i eugenika tak bardzo zakorzeniły się w polskich szpitalach, że pacjenci przestali być traktowani jak ludzie. Niemal na każdym kroku widać brak poszanowania dla godności człowieka, który dla systemu tzw. opieki zdrowotnej jest tylko anonimowym numerem.

Do naszej Fundacji napisała pani Katarzyna, która spotkała się z tym zjawiskiem [20]:

U mojej córki zdiagnozowano podejrzenie zespołu Downa. Lekarz prowadzący ciążę (…) wezwał mnie na rozmowę, która miała mnie przygotować na to, co >>można teraz zrobić<<.

Aborterowi wystarczyło podejrzenie choroby, aby mógł przejść do dalszego działania.

Skupił się na przedstawieniu mi zagrożeń zdrowotnych dziecka upośledzonego w wyniku istnienia zespołu Downa lub Turnera. Pytał, co chcę zrobić, ale nie przedstawił mi innej rady, jak tylko wykonanie amniopunkcji, która pozwoli na uzyskanie większej pewności. Zastrzegł jednak, że takie badanie musi być wykonane jak najszybciej, żeby był czas na „wyhodowanie tkanki” w czasie pozwalającym na terminację płodu w granicach prawa.

Amniopunkcja to inwazyjne i niebezpieczne badanie, którego jedynym celem jest zwiększenie prawdopodobieństwa wykrycia wady genetycznej u nienarodzonego dziecka. Masowo używa się go w Polsce w celach eugenicznych – za jego pomocą wykrywa się jednostki potencjalnie chore i używa jako pretekstu do wykonania „terminacji płodu”, czyli zamordowania dziecka.

W trakcie kolejnego badania USG nie znaleziono markerów świadczących o obecności wad genetycznych, zapis badania był prawidłowy. Lekarz prowadzący po ich odczytaniu nawet nie skojarzył pacjentki, której miesiąc wcześniej, z dużym zatroskaniem proponował pozbycie się >>upośledzonego płodu<<

Wielu ginekologów w Polsce tak traktuje swoich małych pacjentów. To powszechne zjawisko, z którym kobiety spotykają się we wszystkich regionach kraju. Wstępna diagnoza – podejrzenie choroby – namówienie kobiety do aborcji. Lekarza-abortera nie interesuje, czy dziecko jest chore czy zdrowe. Jeśli tylko ma możliwość dokonania aborcji, zabije dziecko, aby nie opiekować się nim i jego matką. Życie, zdrowie i dalszy los jego pacjentów go nie obchodzi.

Oto wypowiedź pani Katarzyny, którą nikt się nie zaopiekował:

Na kolejną wizytę już się nie umówiłam, centrum ani lekarz prowadzący ciążę nie uznali za stosowne sprawdzić, czy pacjentka uzyskała pomoc gdzie indziej i czy był powód jej odejścia z placówki.

Ale co najważniejsze:

Moja córka, która właśnie skończyła 4 lata, nie ma wad genetycznych. Dziękuję za Państwa zaangażowanie i determinację.

Z traktowaniem człowieka jak przedmiot, na którym zarabia się pieniądze, spotkała się pani Agnieszka, która oczekiwała trzeciego dziecka – Tomka i wykonywała rutynowe badania lekarskie. Wszystko było w porządku, aż pewnego dnia zadzwonił telefon z przychodni. [21]

Bardzo chłodnym tonem została poinformowana, że musi przyjechać na rozmowę w związku z wynikami badań krwi. Drżąc zapytała: „Czy coś jest nie tak?” Zirytowany głos w słuchawce odpowiedział: „Tak!” Termin rozmowy wyznaczono na kolejny dzień, na godzinę 21:30.

Podczas spotkania lekarz z oziębłą twarzą i bez emocji poinformował ją o zwiększonym ryzyku zespołu Edwardsa u chłopca. Takie maluszki umierają zwykle niedługo po urodzeniu. Lekarz zaczął jej wszystko tłumaczyć w takim tonie, jak gdyby jej dzidziuś na pewno był chory i nic nie dało się z tym zrobić. Ale to nie wszystko.

Następnie próbował namówić przerażoną panią Agnieszkę na płatne badania genetyczne. Nie brzmiało to jak porada lekarska, a zwykła reklama komercyjnego produktu. Zaraz po tym poinformował ją, że przysługuje jej „prawo” do aborcji. Tego już było za wiele.

Kobieta nie chciała tego słuchać: „Proszę przy mnie nawet o tym nie wspominać!” Chwilę później udało się jej uspokoić i trzeźwym okiem spojrzała na otrzymane od lekarza dokumenty. Doznała szoku.

Ryzyko zespołu Edwardsa u dziecka wynosiło 1:115! To mniej niż 1% szans na to, że jej synek jest chory. A lekarz wszystko przedstawił jej tak, jak gdyby było to 99,9%! Gdy powiedziała mu o tym, ginekolog wpadł we wściekłość. „Ludzie mają 0% i dzieci się rodzą chore!” – wrzeszczał.

Ten człowiek próbował dokonać ogromnej manipulacji. Usiłował wmówić kobiecie ciężką chorobę dziecka, następnie chciał ją naciągnąć na kupno płatnego testu genetycznego, a na koniec namówić do aborcji. To wszystko bardzo odbiło się na zdrowiu pani Agnieszki, która ciężko przeżywała ciążę. Aż do momentu porodu.

Tomek urodził się całkowicie zdrowy! Jednak zarówno matce, jak i dziecku zafundowano nerwy, stres i niepotrzebne cierpienie. Tylko dlatego, że lekarzowi chodziło o pieniądze i skazanie chłopca na śmierć.

Wiele osób uważa, że po zakazaniu aborcji eugenicznych przez Trybunał Konstytucyjny zjawisko to zaniknie w Polsce.

Powyższe przykłady, które są tylko maleńkim fragmentem rzeczywistości, pokazują, że mentalność aborcyjna i eugeniczna na stałe zakorzeniła się w wielu środowiskach w naszym kraju. Aborcjoniści chcą dalej zabijać i szukają sposobów, aby to robić. Sposobem na to będzie albo omijanie prawa, albo promocja innych metod aborcji, takich jak tzw. środki antykoncepcyjne, spirale aborcyjne oraz aborcyjne pigułki poronne.