Ciężko pisać o swoim życiu zwłaszcza jeżeli nie ma się czym pochwalić, a wręcz odwrotnie, należy zrobić sobie obszerny rachunek sumienia i przyznać się do własnej głupoty i naiwności. W 1998 roku zaszłam w pierwszą ciąże. Byłam bardzo szczęśliwa, wreszcie miał się pojawić na świecie ktoś, kto kochałby mnie najbardziej na świecie...

Ciężko pisać o swoim życiu zwłaszcza jeżeli nie ma się czym pochwalić, a wręcz odwrotnie, należy zrobić sobie obszerny rachunek sumienia i przyznać się do własnej głupoty i naiwności.

W 1998 roku zaszłam w pierwszą ciąże. Byłam bardzo szczęśliwa, wreszcie miał się pojawić na świecie ktoś, kto kochałby mnie najbardziej na świecie, ktoś kogo kochałabym ponad życie, ktoś kto ze mną byłby już przez całe życie – mój malutki synek.

Całą ciąże czułam się bardzo źle, potworny ból głowy, wymioty. Kiedy już niemal mdlałam z bólu lekarz prowadzący skierował mnie na badanie USG do szpitala. Kiedy pani doktor rozpoczęła badanie, na wstępie poinformowała mnie że dziecko żyje, jest tętno. Ucieszyłam się bardzo. Następna wiadomość nie była już tak optymistyczna, to było “PRZYKRO MI ALE TWOJE DZIECKO NIE MA CZASZKI. TRZEBA WYWOŁYWAĆ PORÓD!”. WYWOŁYWAĆ PORÓD – NIE MORDERSTWO – NIE PÓŹNA ABORCJA – TYLKO WYWOŁYWAĆ PORÓD. Dostałam szoku , rzucało mnie po całym łóżku… Oszukano mnie, że ciąża zagraża mojemu życiu, a była to nieprawda. Tłumaczono, że zrażę się i nigdy nie będę chciała mieć więcej dzieci. Pytam, co o tym mógł wiedzieć lekarz ginekolog, to była bzdura!!!

Wykorzystali fakt, że nikogo nie było przy mnie, byłam sama i w ciężkim szoku. Mój synek dzielnie walczył o życie, nie pomagały żadne kroplówki, do końca biło Jego małe serduszko. Po tygodniu urodziłam swoje dzieciątko na łóżku ginekologicznym, leżał biedny skulony i konał.

Wbrew wszystkiemu, jego małe serduszko walczyło do końca. Musieli mnie uśpić bo strasznie krzyczałam. Mój synek leżał na blaszanym stole okryty ligniną na zabiegowym. Następnego dnia salowa kazała mojej matce przynieść pudełko po butach – zwymiotowałam. Pochowałam synka w białej trumience. Pierwsze miesiące były straszne, później było troszkę lepiej, aż do czasu kiedy zrozumiałam, co naprawdę się wydarzyło.

Do dziś nie wiem, czy mój synek naprawdę był chory, jeśli chodzi o tak małe dzieci zdarza się tysiące pomyłek. Wiem za to na pewno, że ciąża nie zagrażała mojemu życiu. Mogłam donosić ciążę, urodzić, pożegnać się z własnym dzieckiem. Tylko jeden lekarz zadecydował co będzie dla mnie lepsze. Zostałam z tym wszystkim sama, z bólem, którego nie da się opisać żadnymi słowami. Przez lata cierpiałam na zespół poaborcyjny, do dziś na rękach mam krew własnego dziecka. To, że przebaczyłam sama sobie nie pomaga mojemu cierpieniu. Konsekwencje aborcji ciągną się do końca życia.

Małgorzata Kurzeja

Czy wiesz, ze grozi nam zniknięcie z mediów społecznościowych? 

Zapisz się do naszego newslettera, aby otrzymywac informację o najważniejszych wydarzeniach na froncie walki z aborcją i deprawacją!

     

    Także mogą Cię zainteresować: